Poeta powinien być jak pokój, co składa się z samych okien otwartych szeroko na świat.
Anna Świrszczyńska (1909−1984)

Doroczny wrześniowy spacer dobiegał końca. Szósty lub siódmy już raz w dolinie jednego z bliźniaczych strumieni szukaliśmy natchnienia. Nie tylko zresztą w dolinie. Jak zawsze kilka osób poniosło w stronę pastwisk, ku zadrzewieniom śródpolnym albo w zakamarki wyżej położonych sadyb. W poprzednich latach niektórzy doszli niemal do Gronkowa, a inni aż za Maruszynę. Dwie i pół godziny z ogonkiem zazwyczaj wystarczało, by trafić na coś zajmującego. Na coś, co sprowokuje wrażliwego człowieka do użycia drzemiących gdzieś narzędzi. Starczało, by natknąć się na jakiegoś przydasia poruszającego któryś ze zmysłów. Komuś niezwyczajnie zaszeleściły pod nogami liście. Ktoś na krzewie berberysu wypatrzył szczygła czekającego na słoneczny promyk albo poczuł zapach suszonych grzybów.
barwy jesieni
tak łatwo pomylić
listek z motylemWiesław Karliński
Przełom lata i jesieni to dla poety okres intrygujący. Gdzieniegdzie pyszni się jeszcze soczysta zieleń, a ptaki nie pozbyły się całkiem godowych barw. Tu pojawi się kolorowa sójka chowająca w ziemi owoc leszczyny, tam równie bogato upstrzony zimorodek goniący za czymś wzdłuż poszarpanego brzegu rzeki. Miejscami spotyka się krzew niemal do szczętu pozbawiony liści albo nagle mroźnie – groźnie powieje prosto w twarz bezimienny wiatr. Takie zjawiska wprowadzają trochę zamętu w ukształtowane paroma wiekami kanony tworzenia. Nie tylko w tych stronach, które przypadkowo wybraliśmy kiedyś na spotkania naszej społeczności.

Niektórym jednak pewnie brakło czasu na dłuższą uważność tu albo tam. Jagoda, brygadzistka w fabryce aluminiowych okien, mogła nie zdążyć nagłaskać się znajomego sołtysowego kota. Może emerytowana polonistka Nawojka nie trafiła tym razem na aktywność łasiczej rodziny, by policzyć jej ubiegłoroczne potomstwo. Nie jestem pewien czy skrzypek Janek, który zastrzegł sobie, by nie nazywać go Jasiem, skosztował w końcu konfitur z zielonych pomidorów. Dawno już uznał, że to niezły temat na wiersz. Tyle napisał o żniwach, młynach i chlebie, dlaczegóż by nie pochylić się nad czymś mniej oczywistym. Dwa lata wcześniej nie doszedł do Boru, bo kilka kwadransów zajęło mu śledzenie zachowań psów pasterskich. Potem była pandemia, co nie sprzyjało degustacjom nawet w domach na głębokiej prowincji. Janek nasłuchał się kiedyś ode mnie o tych nieprzypominających niczego innego delicjach. Mało kto zresztą zna ich barwę, zapach i smak. Robią je na Podolu, w Mołdawii i w portugalskiej Estremadurze. Od dziesiątków lat ku uciesze rodziny i przyjaciół każdej jesieni konfitury z pomidorów smażymy z żoną. Wykorzystujemy niedojrzałe owoce z własnego ogrodu tuż przed zapowiadanymi przymrozkami. Trzy lata temu podobną pasjonatkę spotkałem na kultowym jarmarku w Nowym Targu. Zawartość jej słoiczków zapachem, konsystencją i smakiem dorównywała konfiturom z Podola, gdzie lata temu pierwszy raz się nimi zachwyciłem. Gościłem potem u Hanki w jej sielskiej zagrodzie na skraju Boru.