Kobieta, która uzdrawia Afrykę

Spis treści

● Jak wam się udało pokonać tę barierę nieufności i strachu?

– Na to potrzeba trochę czasu i spokoju. Musieliśmy dać się poznać, być bardziej słuchaczem i obserwatorem, niż narzucać swoje zdanie. Pytać, być ciekawym. Liczy się także otwartość, a więc opowiedzenie o sobie, o tym, jak ktoś żyje, o jego problemach, radościach i kłopotach. Ważne jest to, by nie brać siebie tak na super poważnie. Oczywiście bardzo istotna okazuje się znajomość na miejscu z kimś, kto pozna cię z ludźmi, powie im, kim jesteś, co robisz, dlaczego tu jesteś.

● Rwanda jest krajem katolickim. Jaką rolę odegrał kościół podczas ludobójstwa?

– Wśród Afrykanów wiara ma duże znaczenie, ale Kościół tworzą wierni oraz księża i biskupi, którzy są częścią duchownej hierarchii. Ci ostatni z racji swojej misji cieszyli się dużym zaufaniem i szacunkiem mieszkańców.

Podczas ludobójstwa wielu ludzi szukało schronienia w świątyniach, ale zdarzały się kościoły – pułapki, które stawały się miejscem zbrodni. Kościoły, gdzie zamykano grupy Tutsi, następnie ich rozstrzeliwując lub podpalając wnętrze. Spotkałam człowieka, który leżąc pod ciałami innych ofiar przeżył taką właśnie sytuację. Było niestety wielu księży katolickich, którzy na różne sposoby współpracowali z ludobójcami. Słyszałam np. opowieść o jednym z duchownych, który pozorował udzielanie pomocy młodym kobietom, zamykając je w szkole, a następnie oddał je w ręce mężczyzn Hutu. Te kobiety zostały w okrutny sposób zgwałcone, a potem bestialsko zabite. Informacji o czynnym udziale wielu księży i biskupów kościoła katolickiego w ludobójstwie nie da się zamieść pod dywan. Zresztą po tym, co się stało, wielu Afrykanów odeszło od Kościoła katolickiego i szuka wiary gdzie indziej.

Oczywiście, byli tez księża, którzy stawali w obronie Tutsi i ukrywali ich, nierzadko narażając swoje życie.

● Afryka to także miejsce, gdzie są ludowi szamani, healerzy. Czy oni w jakiś sposób pomagali ludziom, udało wam się z nimi współpracować?

– Prawie w każdej wiosce w Afryce są szamani, jest specjalnie wyznaczone miejsce, gdzie ludzie mogą przyjść i opowiedzieć o tym, co boli i co okazuje się dla nich trudne. Jego rolę pełni często np. miejsce pod drzewem, gdzie odbywają się ceremonie uzdrawiania.

Rwanda jest jednak inna, gdyż prawie wszyscy zostali tam wymordowani. Kiedy przyjechaliśmy do tego kraju, nie było żadnych szamanów i healerów, ludzie zostali pozostawieni sobie. Ci, którzy byli naocznymi świadkami brutalnej śmierci swoich najbliższych, tworzą zamkniętą społeczność, żyją w izolowanym świecie, do którego trudno dotrzeć. Pomagają sobie nawzajem, ale myślę, że w takich przypadkach potrzeba jeszcze dodatkowej siły z zewnątrz; kogoś, kto zainicjowałby ruch ku uzdrowieniu i wierzył, że jest ono możliwe.

Czy pamiętasz, kto pierwszy odważył się, by wypróbować na sobie metodę EFT?

Strony internetowe dotyczące EFT:

Manual EFT jest przetłumaczony na język polski i można go znaleźć na stronie internetowej, gdzie dokładnie pokazane są punkty tappowania: instytuteft.com/metoda_eft.html,
instytuteft.com/samouczek.html

– Naszym pierwszym pacjentem był Francois – jeden z trzech braci, którzy pozostali przy życiu, i byli świadkami zabójstwa swoich rodziców i rodzeństwa. Ci bracia mieszkali w jednym domu i, tak jak potrafili, dawali sobie nawzajem oparcie. Francois również sam doświadczył przemocy, był bity i bardzo ciężko poparzony. Miał częste flashbacki; wydarzenia, których doświadczył, mieszały się z obecną rzeczywistością. Przeżywał okropne lęki, senne koszmary, często biegał po wiosce i krzyczał. Gdzieś w głębi chciał jednak żyć normalnie. To pragnienie, które przedzierało się przez mgłę jego tragicznej historii, sprawiło, że zgłosił się i wyraził zgodę na poddanie się EFT. Był gotów zaryzykować.

Praca z Francois była trudna. Krzyczał, rzucał się, ale za każdym razem wszystko to odbywało się w bardziej kontrolowany sposób. Przeżywał tragedię, której był świadkiem, aż wreszcie uspokoił się i zapadł w długi sen. A potem zaczął się na nowo zmieniać. Przestał biegać jak oszalały po wiosce, krzyczeć, nawiązał, by tak rzec, kontakt z tym, co działo się tu i teraz. Mało tego – po paru tygodniach otworzył własny butik i zaczął normalne żyć.

● I ten przykład okazał się uzdrawiający dla całej wioski, a Francious był tym, który pokazał miejscowej społeczności drogę do uzdrowienia?

– Przykład Francoise był bardzo realny, gdyż coś się naprawdę w nim zmieniło i wszyscy to widzieli. Nagle ludzie zaczęli zgłaszać się jeden po drugim, chcieli doświadczać EFT, każdy zabieg z nimi przynosił efekty. Oni po EFT nabierali dystansu do wydarzeń, które przeżyli, wracali do normalności.

Pracowaliśmy wtedy bardzo ciężko. Jeszcze nie byłam tak doświadczona jak dziś, to były właściwie moje początki, ale przy pomocy doktora Johnsona dawałam sobie radę. Zresztą nie było innego wyjścia. W tamtym czasie potrzeby ludzkie wydawały się nieskończone. Byliśmy wspólnie w Rwandzie trzy razy. Pracowaliśmy bardzo intensywnie, aż w końcu zdecydowaliśmy, że musimy zrobić kurs na temat techniki TTT – tak, by ludzie mogli sami stosować tapping i pomagać sobie nawzajem.

● Ale przecież nie wszyscy byli entuzjastami tej metody

– Nie, oczywiście, że nie. Trafiali się też tacy, którzy się bali, część z nich okazała się bardzo nieufna. Jedną z bardziej sceptycznych osób był Robert Ntabwoba. Opowiadał mi potem, że uważał, iż cały ten tapping jest głupi i bez sensu. Jednak, kiedy po sesjach budził się rano i stwierdzał, że nie doświadcza nocnych koszmarów, powoli nabierał zaufania do nas i samej metody TTT. W końcu zdecydował się, że udzieli nam pomocy i będzie kimś w rodzaju naszego managera, zarówno w Rwandzie, jak i w Kongu. Z czasem Robert nauczył się metody i sam zaczął prowadzić sesje tappingu. Założył nawet w Rwandzie centrum TTT.

● Rozumiem, że z czasem Twoja działalność rozszerzyła się i ośrodki TTT zaczęły powstawać w innych krajach Afryki.

– Prócz Międzynarodowego Centrum Tappingu w Rwandzie w Kigali prowadzonego przez Roberta Ntabwoba, powstało także centrum w Kongu, w mieście Bakavu. Prowadzi je Germano Barath.

Zupełnie niezwykłą osobą jest Murigo Venaranda, która skończyła pierwszy kurs TTT, jaki zorganizowałam w Rwandzie w 2007, i postanowiła przekazywać dalej tę metodę, gdyż, jak twierdzi, nie jest pewna, czy żyłaby dzisiaj, gdyby nie tapping. Murigo nie tylko pomaga uchodźcom z Konga, którzy przebywają w obozach Kigeme (jest ich tam około 14 tysięcy), ale w 2013 roku zainaugurowała projekt pomocy dla więzionych sprawców ludobójstwa.

● Na stronie internetowej peaceful heart można znaleźć wiele historii ludzi, którzy po ciężkich traumach i zastosowaniu TTT odnajdują spokój.

– Regularnie piszę blog, gdzie przedstawiam naszą pracę, wyniki, jakie osiągnęliśmy, stosując metodę TTT. Zamieszczam też zdjęcia konkretnych miejsc, w których działamy, zdjęcia ludzi, a czasami ich historie.

Wyniki są naprawdę imponujące. Subiektywna skala stresu po zabiegach TTT radykalnie się zmniejsza i, co ważniejsze, w większości przypadków jest to trwała zmiana. Rezultaty badań świadczą o dużej redukcji stresu związanego z traumą. Po tygodniu sprawdzamy jeszcze raz te wyniki i, jeśli pozytywny stan nie utrzymuje się, robimy następną serie TTT.

● Jeździsz do Afryki regularnie, jesteś tam co roku?

– Afryka rzeczywiście stała się dla mnie miejscem, do którego wracam. W Rwandzie byłam ośmiokrotnie, potem w Kongu, w Sierra Leone, w Czadzie. Jest tam bardzo wiele do zrobienia, ale mam też takie doświadczenie, że ludzie chcą się uczyć, zmieniać swoje życie. Oczywiście potrzebna jest ogromna pomoc i ciągle okazuje się ona niewystarczająca, zwłaszcza w rejonach dotkniętych konfliktami wojennymi lub klęskami naturalnymi.

● Afryka to miejsce, gdzie właściwie ciągle toczy się mniejsza lub większa wojna, nadal giną ludzie lub doświadczają w inny sposób przemocy.

– To kontynent wielu plemion i konfliktów. Niekiedy są to konflikty bardzo krwawe (trwa walka o władzę, byt, wodę i żywność). Afryka to także historia przemocy, napaści białych na czarnych.

Wiele pokoleń Afrykanów doświadczyło rozmaitych form konfliktów. Pamięć o nich jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. Zgodnie z panującą w Afryce wiarą przodkowie, czasem już nieżyjący, nierzadko domagają się wyrównania krzywd i zaczyna się nowa wojna. Takim przykładem powtarzającego się koła zemsty jest Rwanda.

● Zatem praca z trauma w Afryce to również praca z przodkami i tym, co przekazują oni żyjącym?

Afryka jest bezkompromisowa. Nic tu nie jest pewne, pewna okazuje się tylko ciągła zmiana. Dlatego ludzie żyją tam całą swoją mocą, tu i teraz. To poczucie chwili daje ogromną wewnętrzną wolność i swoiste bezpieczeństwo, które nie wynika z tego, że ma się pracę, mieszkanie, samochód, eleganckie ubrania. To namiętne uczucie istnienia, które jest wewnątrz.

– Kontakt z przodkami, a raczej z duchami przodków, w kulturze afrykańskiej ma zupełnie inny charakter niż w naszej. W Afryce przodkowie ciągle są obecni, stanowią część społeczności, zabierają glos, który ma znaczenie dla podejmowanych decyzji. Trzeba też sobie zdać sprawę z tego, że praca z ludźmi w Afryce to praca z całą społecznością. Społeczność, grupa jest bardzo ważna. Bycie razem, wzajemne obcowanie w grupie oznacza głęboką relację, wzajemne zaufanie, również zaufanie instynktowi wspólnoty. Grupa to jest dom. Dom, który daje wszystkim członkom bezpieczeństwo, w którym można być sobą, pokazać swoje zranienie, cierpienie, rozpacz. Każdy człowiek ma swoje miejsce w społeczności, w obrębie plemienia, i to miejsce gwarantuje mu przynależność, zapewnia sens istnienia, pozwala rozwijać swój potencjał. Nie należy też zapominać, że rozwój całej grupy zależy od pojedynczych jednostek od ich wkładu w życie tej grupy, zaangażowania, oddania.

● Co jest ważne, kiedy jedzie się do Afryki i chce się pomagać ludziom?

– Należy być świadomym faktu, że kiedy biały człowiek przyjeżdża do Afryki, jest tam obcy. Na ogół oczekujemy, że to do nas, białych, wszystko zostanie dopasowane. Tymczasem to my musimy się dopasować do innych, gdyż tylko wówczas mamy szansę nawiązać kontakt.

Co jest dodatkowo ważne, to nauczenie się paru słów w narzeczu plemienia, umiejętność bycia pogodnym, otwartym. Ludzie są ciekawi, jak żyjesz i co przeżywasz. Przede wszystkim jednak potrzeba pokory, ciszy, słuchania innych. Naprawdę - słuchania.

● Mówiłaś mi, że w Afryce czujesz się jak w domu. Co jest tam dla ciebie takiego szczególnego?

– Po prostu lubię być w Afryce. Słuchać jej głosu, śpiewu ptaków, ciszy nocy, gwaru dzieci, słuchać głosu życia. Życia, które jest żywe, które tam bezustannie wibruje. Lubię ludzi Afryki, bo żyją blisko siebie, mają głęboki, niewerbalny kontakt, choć równocześnie chętnie opowiadają rozmaite historie. Mieszkańcy Afryki żywo na siebie reagują, na to, jak się czują, czym żyją, po prostu widzą się nawzajem. Płaczą, złoszczą się, otwarcie okazują, co myślą, śmieją się z wielu codziennych spraw, chociaż ich rzeczywistość bywa niekiedy niewyobrażalnie trudna. Jedno z moich ważniejszych i silnych doświadczeń wyniesionych z Afryki, to właśnie bycie widzianym.

Afryka jest bezkompromisowa. Nic tu nie jest pewne, pewna okazuje się tylko ciągła zmiana. Dlatego ludzie żyją tam całą swoją mocą, tu i teraz. To poczucie chwili daje ogromną wewnętrzną wolność i swoiste bezpieczeństwo, które nie wynika z tego, że ma się pracę, mieszkanie, samochód, eleganckie ubrania. To namiętne uczucie istnienia, które jest wewnątrz.

● Dziękuję za rozmowę.

Z Archiwum Nieznanego Świata - NŚ 12/2014

Bieżący numer



Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Więcej informacji w Polityce prywatności.