Kobieta, która uzdrawia Afrykę

Spis treści

● Na stronie internetowej www.peacefulheartnetwork.se używasz pojęcia TTT, ale rozumiem, że to tylko zmiana nazwy, a nie samej istoty metody tappingu.

– Stosuję nazwę Trauma Tapping Technique, aby podkreślić zastosowanie metody w pracy z traumą.

● Na czym polega praca metodą, tappingu/ TTT? Co konkretnie robisz, kiedy przychodzi do Ciebie człowiek i ma za sobą wojenne przeżycia, borykając się ze związaną z nimi traumą?

– W dużym skrócie wygląda to następująco. Kiedy spotykam takiego człowieka, proszę go o wybranie jednego wydarzenia, które np. budzi jego lęk. Apeluję, by nie wchodził głęboko w swoje emocje, niemniej miał ich świadomość oraz świadomość tego, co się stało. Gromadzę też dodatkowe informacje, które określiłyby poziom jego lęku lub innej emocji w skali od 1 do 10. Następnie proszę, by osoba poddana terapii skupiła całą swoją uwagę na wybranym doświadczeniu, które budzi lęk, po czym zaczynam tapping. Parokrotnie stymuluję poprzez pukanie kolejne punkty akupunktury i obserwuję reakcje, które zachodzą podczas tappowania.

Ponieważ pracuję z ciężką traumą, te reakcje są niekiedy bardzo silne. Zdarza się, że ludzie płaczą, krzyczą lub doznają innych, często gwałtownych reakcji.

Peaceful Heart Network to charytatywna organizacja, która działa we wszystkich rejonach świata dotkniętych wojną i innymi konfliktami. Jej celem jest także rozpowszechnianie metody TTT w pracy z traumą. PHN otrzymuje dotacje na swoją działalność od osób indywidualnych oraz innych organizacji. Cały czas dokumentuje swoją pracę, prowadząc statystykę, która dotyczący skuteczności metody. Dane na ten temat można znaleźć na stronie internetowej. www.pecefulheartnetwork.se

Za każdym razem po odbyciu rundy tappingu dokładnie sprawdzam, co dzieje się z tym człowiekiem, jego lękiem lub innymi emocjami. Sesje powtarzam tak długo, aż uda się zredukować poziom lęku czy innych emocji. Oczywiście takie sesje powtarza się, aby upewnić się, że poziom np. lęku już nie zwiększa się i cały system nerwowy pacjenta przestawił się na inne, bardziej neutralne reakcje.

Podczas tappowania niezbędny jest stały kontakt z pacjentem, gdyż często bywa tak, że w jego trakcie emocje czy problemy zmieniają się i wówczas od początku zaczynamy pracę z emocjami, które są głębsze i stanowią rzeczywisty problem konkretnej osoby, a lęk na przykład służył tylko do jego przykrycia.

● Podczas tappowania dotyka się ludzi, co dla straumatyzowanej osoby może być dodatkowym bodźcem uaktywniającym traumę. Jak sobie z tym dylematem poradzić?

– W Afryce okazuje się to prostsze, niż w innych kulturach, ponieważ na porządku dziennym jest, że ludzie dotykają się. Kontakt cielesny uznaje się tam za rzecz normalną i naturalną, oni są do tego przyzwyczajeni, to część kultury.

Oczywiście w przypadku osoby, która przeżyła traumę, kontakt fizyczny może budzić poczucie zagrożenia. Trzeba więc zapytać pacjenta, czy można go (ją) dotknąć, uprzedzić tę osobę, że będzie dotykana, ale też poinformować, że w każdej chwili może powiedzieć: stop. Takie przygotowanie na ogół wystarcza i dobrze funkcjonuje w praktyce.

● Dlaczego Afryka była miejscem, które Cię szczególnie interesowało?

– Cały czas szukałam możliwości nauczenia się czegoś więcej. Zafascynowała mnie postać doktora Carla Johnsona, który spędził ponad 30 lat nad rozwijaniem metody EFT i aktywnie pracował z traumą. Dokładnie analizował układ punktów i czynił obserwacje. W efekcie ułożył najbardziej efektywny wzór stosowania EFT dostosowany do pracy z PTSD (Post Traumatic Stress Disorder). Zespół stresu pourazowego pojawia się jako reakcja na wydarzenie, na które nie mieliśmy wpływu, i nad którym nie mieliśmy kontroli. Typowe symptomy PTSD to lęki, bezsenność, koszmary senne, ciągle zmęczenie, depresja, kłopoty z koncentracja, flasbacki oraz rozmaite objawy somatyczne.

Rezultaty badań Johnsona były zaskakujące. Osoby, które cierpiały na PTSD, miały powtarzające się lęki, koszmary nocne, depresje i inne symptomy związane z traumą, już po paru zabiegach zaczęły się czuć dobrze i normalnie funkcjonować w społeczeństwie.

Napisałam list do doktora Johnsona z zapytaniem, czy mogłabym asystować w jego pracy. Po paru tygodniach przyszła odpowiedź, że pojedzie ze mną i będzie mnie uczył, ale to ja mam przygotować miejsce, dokąd się udamy. I tak poprzez moje kontakty znaleźliśmy się w 2007 roku w Rwandzie.

● Dlaczego w Rwandzie?

– Znałam Naphtal Ahishakiye, założyciela i prezesa AOCM. Ta organizacja dziecięca pomagała młodym ludziom, którzy stracili swoje rodziny wskutek ludobójstwa w Rwandzie w 1994 roku. Sieroty, których rodziców wymordowano, mieszkały razem w gospodarstwach domowych, tworząc nowe rodziny. Za swoją pracę AOCM otrzymała w roku 2006 światową nagrodę pomocy dla dzieci, która jest przyznawana w Szwecji.

Skontaktowałam się z Naphtalem Ahishakiye, proponując, że przyjadę do Rwandy z doktorem Johnsonem i zorganizujemy pomoc w leczeniu traumy dla członków organizacji. Naszą ofertę przyjęto z entuzjazmem.

Zaczęliśmy pracę w 15-osobowej grupie w Kinyinya. Kinyinya jest dzielnicą stolicy Rwandy Kigali, w której znajduje się około 200 gospodarstw zbudowanych z myślą o sierotach wojennych.

● Jak była wówczas sytuacja w Rwandzie, co tam się działo?

– Wojna już się wprawdzie zakończyła, widać było zadbane gospodarstwa, zielone palmy, jednak spustoszenie w ludzkiej psychice, jakie pozostawiło po sobie ludobójstwo, okazało się wśród mieszkańców wszechobecne. Odżywało zwłaszcza nocą, kiedy pojawiały się koszmary przeżywanych zdarzeń, a w ślad za tym lęk i przerażenie.

Niemniej życie toczy się dalej. W ogóle poczyniłam taką obserwację, że ludzie, których spotkałam w Afryce, mają znacznie bardziej ugruntowaną, niż my, na Zachodzie świadomość tego, że życie może się skończyć w każdej chwili, jutra może nie być. I paradoksalnie ta właśnie świadomość wyzwala siłę, a sam fakt pozostawania przy życiu jest szczęściem.

Czy ci ludzie otrzymali jakąś pomoc medyczną i psychologiczną?

– Medyczna pomoc ograniczała się do podawania środków uspakajających, ale tak naprawdę zostali pozostawieni sami sobie. W Afryce nie istnieje pomoc socjalna, do której jesteśmy przyzwyczajeni na Zachodzie, nie ma zwolnień z powodu choroby czy śmierci najbliższych. W Afryce albo się żyje albo umiera. Ludzie mają tu również głęboką świadomość, że są od siebie zależni, żyją kolektywnie. Obowiązuje niepisana, odwieczna tradycja wzajemnej pomocy i solidarności.

Ci, którzy doświadczyli zbrodni ludobójstwa i uszli z nich z życiem, wspierali się nawzajem, wspólnie leczyli swoje rany i otwarcie opłakiwali swoich bliskich. Rozumieli się, co było bardzo ważne, gdyż nawet osoby, które zachowywały się w sposób skrajnie odmienny, także znajdowały swoje miejsce w grupie i były akceptowane przez społeczność.

Ówczesny rząd raz do roku, 7 kwietnia, organizował dzień uświęcający i upamiętniający ofiary, które zginęły w masakrze. Było to kolejne traumatyczne dla wielu ludzi wydarzenie, które powodowało, iż odżywały stare duchy. W efekcie zamierzenie mające zachować pamięć o tych strasznych, krwawych doświadczeniach wbrew intencjom pomysłodawców stawało się przyczyną kolejnej traumy i cierpienia. Ludzie zaczynali źle się czuć, przeżywali na nowo dramat z przeszłości, zapadali w depresje, a nierzadko wariowali.

Bieżący numer



Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Więcej informacji w Polityce prywatności.