Między rozumnym rządzeniem, represją i deficytem duchowości

Chcę postawić następującą tezę: im władza słabsza i wyposażona w wątłe duchowo atrybuty – mimo że ona sama o swojej duchowości ma, rzecz jasna, wysokie mniemanie – tym więcej generuje zakazów i nakazów, traktując prawo przede wszystkim jako instrument jawnej lub ukrytej represji. Na nic jednak zda się legitymizowanie własnych racji wyłącznie za pomocą złudnych politycznych, patriotycznych czy religijnych haseł. Autentyczna duchowość bowiem to coś zupełnie innego niż światopoglądowe dogmaty.


Marek Rymuszko

Jak z tego punktu oceniać minionych dwadzieścia kilka polskich lat – bo o okresie PRL w takim kontekście nie ma przecież w ogóle sensu mówić? Moim zdaniem, zdecydowanie źle, i to na wszystkich szczeblach zarządzania państwem oraz polach jego aktywności. Rozczarowanie jest tym większe, że w okresie, o którym mowa, rządowe ekipy zmieniały się jak w fotoplastykonie, niezmiennie biorąc się za łby z opozycją zgodnie z zasadą raz na wozie – raz pod wozem. Wszystkie je łączyła natomiast głęboka wiara we wszechpotencję prawa jako instrumentu represji oraz statuowanie nieprzeliczonych zakazów oraz nakazów właśnie pojmowanych w kategoriach najważniejszego regulatora stosunków społecznych i ekonomicznych. W efekcie szumnie deklarowane zasady państwa rozumnego, ergo przyjaznego ludziom i oszczędnie posługującego się systemem sankcji w ostatecznym rozrachunku zawsze okazywały się czczą gadaniną, biorąc – w konfrontacji z praktyką sprawowania władzy – niezmiennie w pysk.

To zaiste gorzki paradoks, że z tego punktu widzenia (nie denerwujcie się, proszę) najkorzystniej zdaje się prezentować okres rządów lewicy w latach 2001-2004, kiedy poluzowano wiele krępujących społeczną tkankę prawno-represyjnych gorsetów. Niestety, jednocześnie rozszalała się wówczas na niespotykaną skalę korupcja, która tę pozytywną ocenę wyzerowuje. O groteskowym w swej istocie pojmowaniu roli zziobryzowanego prawa w latach 2005-2007, gdy władzę w państwie sprawowała partia mająca w swojej nazwie prawo i sprawiedliwość, nie ma się co rozwodzić, gdyż powiedziano na ten temat wszystko, co było do powiedzenia. Tym smutniejsze jest jednak, że ze złych doświadczeń przeszłości nie wyciągają również wniosku ugrupowania polityczne i ekipy, które – jak PO – doktrynalnie preferują liberalizm, podczas gdy w praktyce hołdują krytykowanym przez siebie wcześniej metodom rządzenia.

Egzemplifikacji na poparcie tego stwierdzenia można znaleźć aż nadto. To nie tylko znaczone historyczną ciągłością niszczenie przedsiębiorców przez aparat skarbowo-prokuratorski, czego efektem stały się liczne prawomocne wyroki sądów uniewinniające zainteresowanych (co zresztą nie uchroniło firm i ich właścicieli przed bankructwem, jako że orzeczenia te zapadały dopiero po wielu latach; na tej właśnie bazie zrodził się powołany niedawno do życia ruch Niepokonani 2012). To nie tylko skostniała, biurokratyczna machina sterująca ubezpieczeniami społecznymi, w obrębie której ZUS, grożąc pracodawcy odpowiedzialnością przed sądem, potrafi np. zażądać po kilkunastu latach wyjaśnienia i skorygowania nadpłaty zasiłku wychowawczego dla jednego z pracowników w kwocie 10 (słownie: dziesięciu) groszy (widziałem taki dokument), a jednocześnie stosowane przez tę instytucję sankcje pozbawiające płatnika składki, który nie z własnej winy spóźnił się z jej zapłaceniem o jeden dzień (przelew dotarł po czasie wskutek awarii komputerów w banku) prawa korzystania z bezpłatnych świadczeń w przypadku choroby. To – dalej – bezprzykładna arogancja wielu urzędników państwowych nadal traktujących ludzi jak przysłowiowe śmieci lub odpowiadających na ich pisma oraz skargi za pomocą pseudoprawnego, epistolarnego bełkotu, z którego trudno wyłowić elementarny sens nawet człowiekowi legitymującemu się (jak ja) wykształceniem prawniczym, a co dopiero mówić o przeciętnym zjadaczu chleba. To utrudnianie na każdym kroku (choćby nie do końca uświadomione) działalności rozmaitym organizacjom społecznym z fundacjom wyręczającym państwo w sferze opieki oraz udzielania pomocy tym, którzy jej potrzebują. To wreszcie częste, bardzo częste sięganie do represji głównie w celu pomnażania dochodów państwa i jego agend, co wspomniane środki i metody czyni instrumentem czysto komercyjnym – i już niczym więcej.

Posłużę się tu pierwszym z brzegu przykładem. Czymże innym, jak nie hołdowaniem takim właśnie praktykom jest instalowanie w całym kraju, jak Polska długa i szeroka, sieci fotoradarów, z myślą o tym, by dzięki inkasowanym dzięki nim mandatom zasilać budżety miast i gmin? Urządzenia te mnożą się ostatnio niczym afrykańska szarańcza, służąc wyłącznie drenażowi kieszeni kierowców, nie zaś rzeczywistemu zapewnieniu bezpieczeństwa na drogach. Skandaliczna i – przenicowana publicznie na wszelkie sposoby – afera z tego typu urządzeniami-pułapkami w okolicach kilku gmin województwa zachodnio-pomorskiego (m.in. Kobylnica i Biały Bór) poza medialnym napiętnowaniem wspomnianej procedury i wrzeniem w internecie nie przyniosła żadnych wymiernych rezultatów. Włodarze wymienionych miejscowości, którzy tolerowali i akceptowali takie bulwersujące praktyki, czyniąc z nich podstawowe źródło finansowania lokalnych budżetów, nie ponieśli za swoje postępowanie żadnych konsekwencji. Tymczasem niedawny raport NIK z kontroli działań straży miejskich i gminnych przy korzystaniu z fotoradarów jest wręcz wstrząsający. Wynika z niego m.in., że w latach 2009-2010 np. w gminie Peplin procent mandatów nałożonych w efekcie kontroli drogowych - w stosunku od ich ogólnej liczby - sięgał 99,9 proc.!! Ta ostatnia gmina zresztą na prognozowanej liczbie mandatów za przekroczenie dozwolonej prędkości w miejscach, gdzie na kierowców zastawiono pułapki, opierała lwią część swojego budżetu. Jakie to dziadowskie i prowincjonalne w swojej wymowie, jakie rażąco żałosne.

To skądinąd zrozumiałe, że łatwiej zakupić (za duże pieniądze asygnowane ze społecznej kasy) urządzenia do pomiaru prędkości, instalując je z premedytacją w miejscach, gdzie brakuje racjonalnych przesłanek, by szybkość pojazdów ograniczać, chować się z suszarkami i patelniami za krzaki i angażować armię tzw. strażników miejskich (określenia tak zwanych używam nieprzypadkowo) do papierkowej roboty polegającej na późniejszym mozolnym ustalaniu personaliów kierowców i masowym wysyłaniu im mandatów – niż budować drogi z prawdziwego zdarzenia i naprawiać je tam, gdzie wskutek dziur w jezdni można złamać kark. Co to ma jednak wspólnego z autentycznym pilnowaniem ładu i porządku i wykonywaniem przez powołane do tego służby swoich podstawowych obowiązków?

I znów odwołam się do przykładu. W Warszawie – na skrzyżowaniu ulic Witosa i Sobieskiego – w lutym br. zainstalowano tzw. wielofunkcyjny fotoradar z zastosowaniem pętli indukcyjnych, który pełni rolę klasycznej maszynki do robienia pieniędzy, mającej zasilić miejską kasę. Dzieje się to – dodajmy – w miejscu, gdzie w obu kierunkach są trzy pasy ruchu, gdzie celowo nie zamontowano żadnego znaku informującego o ograniczeniu prędkości do 50 km (celowo – bo są tam wszelkie warunki, by samochody mogły na tym odcinku jechać szybciej, jako że budynki mieszkalne są wyraziście odsunięte od trzypasmowej jezdni), a tablica informacyjna o pomiarze usytuowana została tak, by zauważyło ją jak najmniej kierowców. Efekt był łatwy do przewidzenia: ów szczególny fotoradar – duma straży miejskiej w Warszawie – sprowadzający się w istocie do żałosnej pułapki, służy zarabianiu przez miasto gigantycznych pieniędzy, gdyż pozwala zrobić zdjęcie kilku pojazdom równocześnie i przesłać je natychmiast do komputera. Dzięki temu, jak doniósł dziennik Metro, zaledwie w ciągu kilku tygodni urządzenie wystawiło ok. 4 tys. mandatów, a urząd miasta zainkasował na tym interesie w mgnieniu oka milion złotych. Ale to nie wszystko, gdyż, jak poinformowano, straż miejska ogłosiła przetarg na kolejne cztery fotoradary, które staną na skrzyżowaniach, a następnych siedem urządzeń kupią później. Jeden kosztuje ok. 250 tys. zł, ale wydatek zwraca się po siedmiu tygodniach.
Wydatek zwraca się…
, o czym w ogóle mówimy? To ma być uzasadnienie dla wspomnianych żenujących poczynań uprawianych przez straż miejską – w sytuacji, gdy w tym samym czasie są w Warszawie miejsca, stanowiące autentyczne zagrożenie dla bezpieczeństwa ruchu? Co zaś najistotniejsze - wszystkie sygnalizowane wcześniej fakty i praktyki uzasadniają postawienie fundamentalnego pytania: do czego tak naprawdę służy straż w wielu miastach i gminach?

To wątpliwość niebłaha, zważywszy, że o miernych kwalifikacjach profesjonalnych funkcjonariuszy tej formacji również wiele już napisano. To nie przypadek, że strażnicy miejscy – w przeciwieństwie do policji – cieszą się wśród mieszkańców marną opinią. Zapracowali na nią solennie swoją aktywnością, polegającą głównie na karaniu mandatami kobiet sprzedających na ulicy kwiaty albo pietruszkę z działki, by dorobić do głodowej emerytury (bardzo celny i dowcipny felieton na ten temat napisał kiedyś w Stolicy znany reżyser – dokumentalista Andrzej Kałuszko), czy też zakładaniu blokad na koła samochodów, które, stojąc na niedozwolonym miejscu, nie stwarzają zagrożenia dla bezpieczeństwa ruchu (chodzi o to, by kierowca dodatkowo zapłacił za zdjęcie blokady) – przy jednoczesnym częstym unikaniu interwencji wówczas, gdy jest ona rzeczywiście potrzebna. Wszystko to powoduje, ze strażnicy miejscy są powszechnie nielubiani, a ich praca nie jest w społeczeństwie ceniona. Instalowanie zaś pracowicie – na podobieństwo taśm produkcyjnych – fotoradarów obsługiwanych przez tę służbę taką opinię dodatkowo umacnia. Nie bez powodu też w niektórych miastach i gminach wspomnianą formację zlikwidowano, wychodząc z założenia, że jej funkcjonariusze, zajmujący się głównie nie tym, czym powinni, nie spełniają właściwie swoich zadań, ergo są bezużyteczni.

Decyzje te należy powitać z aprobatą tym większą, że z punktu widzenia państwa prawa przyznawanie strażom miejskim i gminnym coraz szerszych kompetencji trzeba ocenić zdecydowanie negatywnie. Mamy tu bowiem do czynienia ze służbą bardzo słabo umocowaną w systemie prawnym państwa, która, jeśli chodzi o zakres przyznanych jej uprawnień nazbyt głęboko ingeruje w sferę praw i wolności obywatelskich, ku czemu – w moim przekonaniu – brak podstaw w Konstytucji RP (powierzenie od niedawna straży prawa do kontroli prędkości pojazdów było poważnym błędem, z którego należy się jak najszybciej wycofać).
W tym kontekście opracowywany mozolnie od października 2011 r. – z udziałem (ho, ho) dwunastu komendantów straży miejskiej, m.in. z Warszawy, Krakowa, Gdańska, Wrocławia i Łodzi – projekt ustawy o powołaniu policji municypalnej wyposażonej w jeszcze większe niż dotychczas uprawnienia to istne kuriozum. Zgodnie z tym zamierzeniem strażnicy miejscy mieliby otrzymać do dyspozycji broń palną (czemu tak nieśmiało, a może jeszcze haubice i działa przeciwpancerne? :-)), będą też mieli prawo przeprowadzania kontroli osobistej i przeszukiwania samochodów. Korzystaliby oni również w znacznie szerszym, niż dotychczas, zakresie z dostępu do baz danych obywateli, a także mieli prawo doprowadzać ich przymusowo do sądów (!).

Czy to jest – pytam – jeszcze państwo prawa czy kpiny z niego? I jak to w ogóle możliwe, że z aprobatą władz państwowych (a przypuszczalnie z ich cichej inspiracji) rodzą się tak chore pomysły? Zwłaszcza, że jednocześnie w nowe uprawnienia represyjne wyposażono Inspekcję Transportu Drogowego i komorników, a także inne służby i organy.
Zacząłem ten tekst od wyartykułowania tezy, że im państwo słabsze i niedojrzałe (czytaj: karłowate) duchowo, tym większa pokusa, by rządzić nim za pomocą coraz bardziej rozbudowanego systemu sankcji i kar. To zaiste smutne, że wszelkiego rodzaju władze, niezależnie od ich politycznego rodowodu, nie chcą lub nie potrafią tak oczywistej prawdy zaakceptować. Więc jeszcze może tylko na zakończenie nieustająco aktualna myśl XIX-wiecznego dramaturga Friedriecha Hebbla: Można kamień rzucić w powietrze. Przez to jednak nie urosną mu skrzydła.


Artykuł ukazał się w numerze 10/2012 (262)

W sprzedaży



Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Więcej informacji w Polityce prywatności.