Wzięcie, czy...? Incydent sprzed lat i reszta życia

Mam obecnie 72 lata i nie potrafię doszukać się dnia, w którym nie myślałbym o TYM. To tak, jakby czas – ów czynnik wymuszający kolejność zdarzeń – zatoczył krąg i zatrzymał się przy mnie. Tysiące godzin rozmyślałem o incydencie, którego byłem świadkiem razem z moimi ówczesnymi kolegami.


Nieznany Świat 8/2013

Niniejsza relacja pochodzi z Dotknięcia Nieznanego - rubryki, w której zamieszczamy historie osób, które zetknęły się w swoim życiu ze zjawiskami nieznanymi, tajemniczymi. Jeśli przeżyłeś coś podobnego, prześlij nam swoją relację na: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Pomimo silnej awersji do słowa pisanego postanowiłem poinformować o tym krewnego mojej żony, który był zainteresowany podobnego rodzaju zdarzeniami. Niestety, z nadesłanego Łącznika Rodzinnego Bzowskich herbu Nowina dowiedziałem się, że Kazimierz Bzowski (były współpracownik NŚ, znany polski badacz UFO i autor licznych publikacji na ten temat – przyp. red.) zmarł 6 lipca 2005 roku.

Określam siebie jako racjonalistę, lecz istoty zdarzeń, o których chcę opowiedzieć, nie jestem w stanie zrozumieć, jakkolwiek wiem, iż rozgrywały się realnie, a jednocześnie poza możliwością ich rutynowej interpretacji. Towarzyszy mi też przeświadczenie, iż jedną nogą wkroczyłem wówczas w świat baśni, którego nie potrafię opuścić. Mogę też w każdej chwili poddać się badaniu wariografem, za pomocą hipnozy etc.

Zacznę chronologicznie – tak jak to wszystko zapamiętałem. Nazywam się Tadeusz Kujda, w Niemczech wpisano mi w papierach moje drugie, nieużywane wcześniej imię Kazimierz. Muszę też z konieczności wspomnieć o faktach dla mnie osobiście przykrych (…).

Dzieciństwo spędziłem na Śląsku w miejscowości Bodzanów niedaleko miasta Głuchołazy, gdzie byłem uczniem szkoły podstawowej. Bardzo złym – dodam – uczniem. Miałem duże problemy z nauką, co zapewne wynikało w jakimś zakresie z błędów wychowawczych, biedy, a także przypuszczalnie z ociężałości umysłowej. Nie potrafiłem np. czytać w okresie, kiedy moi koledzy opanowali tę umiejętność. Z tego powodu nauczycielka, pani Maria Kiser karciła mnie uderzeniem linijką po dłoniach. Nie mam dziś o to do niej żalu i pretensji. Przeciwnie – o swojej ówczesnej nauczycielce myślę z wielką sympatią i miłością.

W tamtym okresie staczałem regularne bitwy z kolegami. Biłem słabszych, ale nie unikałem i tych silniejszych. Dowodem tego jest złamany w tym czasie nos. W sposób niegodny traktowałem też zwierzęta.

Moim drugim domem był las. Rozpoznawałem pojedyncze drzewa, zbierałem leśne owoce, przedzierałem się też przez granicę na teren ówczesnej Czechosłowacji, gdzie znajdowały się opuszczone domostwa, a w ogrodach rosły gruszki – w Polsce niespotykane.

Było nas trzech: ja i dwóch moich ówczesnych kolegów: Adam (w oryginale pełne nazwisko – przyp. red.) i Menzel. Mieliśmy wtedy ok. 12 lat.

Pewnego dnia uciekliśmy z domu, planując zbudowanie tratwy i dopłynięcie nią nad morze. Pomysł nie miał szans na realizację, od czego jednak zapał i wyobraźnia.

Wieczorem spotkaliśmy się nad rzeką Białką, która wypływa z terenów byłej Czechosłowacji, a obecnie zdaje się nosić nazwę Biała Głuchołaska. Po lewej stronie w odległości 3,5-4 km leżały Głuchołazy, a po prawej wielka fabryka papieru Rudawa. Przed nami na drugim brzegu kilka km dalej zaczynała się granica z Czechosłowacją.

Miejsce było odludne, z rzadka tylko zalesione. Dopiero po drugiej stronie brzegu zaczynały się gęste lasy.

Gdy już znaleźliśmy się nad Białką, rozpaliliśmy niewielkie ognisko i zaczęliśmy piec w nim kartofle. Rychło zrobiło się dość późno. Ponieważ żaden z nas nie miał zegarka, nie wiedzieliśmy, która była godzina.

W pewnej chwili po prawej stronie, gdzieś nad kominami Rudawy ktoś zauważył na niebie niewielki czerwono-pomarańczowy punkt. Obiekt zaczął szybko rosnąć w oczach, lecąc prosto na nas. Tuż przed nami zwolnił i, przemieszczając się bardzo powoli, zatrzymał się nad rzeką w odległości circa kilkunastu metrów, zawisając nad lustrem wody mniej więcej na wysokości 12-15 m.

Kula miała czerwono-pomarańczową barwę, ale niejednolitą. Oba te kolory jakby się mieszały ze sobą, natomiast na krawędzi obiektu znajdował się pierścień szerokości mniej więcej jednego metra, na którym – na całym jego obwodzie – widniały elementy przypominające kawałki zrolowanego dywanu o sporej grubości, uformowane z jakichś jasnych oparów czy też zakrzywionych warstw światła. Były to krótkie odcinki pozostające w ciągłym ruchu. Nie towarzyszył temu żaden odgłos.

Wszystko dookoła, włącznie z rzeką, tonęło w jaskrawym czerwono-pomarańczowym świetle. Dodam, że Białka miała kamieniste dno; leżały tam gałęzie i fragmenty drzew, co tworzyło fale wyglądające jak języki ognia. Sprawiało to wrażenie, jakby rzeka się paliła.

Nie wiem, jak długo staliśmy bez ruchu. Wydaje mi się, iż początkowo nie odczuwaliśmy strachu, potem jednak ogarnął nas potworny lęk. W końcu rzuciliśmy się do ucieczki.

Tuż przed domem, w którym mieszkałem (Bodzanów nr 17 B), spotkaliśmy jakąś kobietę. Zapytała, dlaczego tak biegniemy. Powiedzieliśmy, że czerwona kula zapaliła Białkę, że rzeka się pali. Pamiętam, jak rzekła: – Chłopcy, czy wyście zwariowali?

Następnie wszyscy weszliśmy do domu, gdzie czekała zaniepokojona matka, babcia, dwie ciotki oraz ojczym. Zaczęliśmy chaotycznie opowiadać o zdarzeniu nad Białką. W rezultacie moi dwaj koledzy po ułożeniu nas na podwójnym szerokim łóżku zostali do rana.

Ta noc nieźle mnie zmęczyła. Odczuwałem bardzo silne bodźce elektryczne. Był to jakiś rodzaj prądu podłączonego do głowy, odbierałem też mrowienie. Zrobiłem się cały mokry. Niczego więcej z tej pierwszej nocy nie pamiętam. Nie wiem też, co przeżywali moi koledzy, gdyż nie rozmawialiśmy o tym. Powiem więcej: miałem i mam nadal silne opory, by o tym w ogóle wspominać.

Niedługo potem zauważyłem u siebie na brzuchu po lewej stronie dziwną narośl wielkości mniej więcej połowy małego palca. Była uformowana jakby z twardej gumy i miała oba końce obłe. Przy zginaniu nie odczuwałem bólu. Ta narośl umiejscowiła się tuż po skórą, ale pozostawała niewidoczna. Myślałem wówczas, że jest to rodzaj raka i wypytywałem różne osoby o tę chorobę. Na szczęście żadne złe następstwa takiego stanu rzeczy się nie pojawiły. W końcu uznając, że jest to postać niegroźnego nowotworu, przestałem o sprawie myśleć. Nie kojarzyłem również wówczas tego faktu z wydarzeniem nad Białką.

Natomiast od tamtego momentu w moim życiu i we mnie samym nastąpiły niezrozumiałe zmiany. Nie miałem odtąd już problemów z czytaniem – robiłem to najszybciej w klasie. Skończyły się też kłopoty z nauką; w ciągu kilku dni przewertowałem wszystkie książki szkolne i nie widziałem potrzeby dalszego uczenia się. Przestałem też być karcony przez nauczycielkę.

Pamiętam taki dzień: napisałem wypracowanie w formie opowiadania. Rozdając zeszyty pani Kiser mój zatrzymała. Zaczęła czytać, a my zauważyliśmy, jak w trakcie lektury drżą jej ramiona. Potem już nie ukrywała łez. A ja w tamtej chwili pojąłem, że słowo może wzruszać.

Jednocześnie pojawiło się też inne niezrozumiałe zjawisko występujące tylko w ciągu dnia i jedynie wówczas, gdy przebywałem w pokoju sam. Manifestowało się nagle, jakby za przekręceniem kontaktu. W mgnieniu oka zaczynałem odczuwać niewiarygodny wręcz spokój, uczucie bezgranicznego szczęścia i harmonii, czemu towarzyszyła rzadko spotykania sprawność umysłu. Miałem wgląd w rzeczywistość z innej perspektywy. Dostrzegałem związki między faktami, których na ogół się nie widzi. Potrafiłem wyodrębnić z całej gamy ludzkich odczuć – precyzyjnie określając ich granice – takie stany, jak tęsknota czy smutek. Dodam, że zjawisko, o którym piszę nie ma nic wspólnego ze stanem psychicznym, który znam, a który ułatwia albo umożliwia tzw. twórczość. Nie dręczyłem już zwierząt, ratowałem je. Kiedy je zabijano, uciekałem do lasu, gdzie kładłem się na ziemi i płakałem.

Pamiętam też pewną przykrą sytuację, kiedy ocaliłem kotkę z jej małymi. Któregoś dnia po lekcjach poczułem się znużony i położyłem na wersalce. Obudziłem się, a wtedy ktoś zaczął wpychać mi coś do ust. To kotka usiłowała wcisnąć mi do nich mocno już rozgryzioną… mysz. Tak okazała swą wdzięczność.

A teraz o dwóch najbardziej przykrych doznaniach z tamtego okresu. Pierwsze: do dnia, w którym spotkaliśmy się naszą trójką nad brzegiem Białki miałem doskonałą orientację w terenie. Niestety, minęło to bezpowrotnie. Mieszkając np. w Warszawie, często błądziłem w najbliższej okolicy. Ukrywałem tę przypadłość przed żoną i dziećmi. Starałem się, aby szli zawsze przodem, dzięki czemu w krytycznych sytuacjach trafiałem do domu. Również w niewielkim Neuburgu, gdzie obecnie mieszkam zbłądziłem już wielokrotnie. Co więcej – parę osób pytających o jakieś punkty w mieście wprowadziłem w błąd. Dzisiaj, gdy ktoś pyta mnie o drogę, wolę powiedzieć, że nie jestem z Neuburga.

⇒ MARCOWE WYDANIE NŚ. SPRAWDŹ, O CZYM PISZEMY!

I drugie zjawisko – najbardziej przykre, które położyło się cieniem na moim życiu i stało się źródłem cierpienia. W Niemczech zamanifestowało się tylko jeden raz, w Polsce trwało całe lata – jedynie nocą i zawsze, kiedy w pomieszczeniu przebywałem sam. Bałem się ciemności, gdy w pobliżu nie było drugiej osoby. Lękałem się usnąć, a także samego snu. Kładąc się plecami do ściany, odczuwałem narastający lęk, nie miałem odwagi spojrzeć w okno.

Często budziłem się z odczuciem porażenia prądem elektrycznym. Skąd to porównanie? Kiedyś bolała mnie ręka i lekarz zaordynował kurację prądem. Zapisałem wówczas nazwę tego urządzenia – Ever-ton M „3”, gdyż jego działanie przypominało właśnie odczucia z tamtych nocy.

Gdy się obudziłem, mając świadomość, iż już nie śpię, choć nadal mam oczy zamknięte, widziałem zawsze ten sam obraz: jest ciemno, wokół jakieś wysokie zarośla czy trzciny, towarzyszy temu potworny szum. Widzę, jak w moim kierunku idzie jakaś postać, dostrzegam zarysy sylwetki. Ta postać coś do mnie krzyczy, boję się jej.

Jednocześnie szybko odkryłem, że mogę uwolnić się od tego obrazu. Wystarczyło z całą intensywnością pomyśleć: Nie, nie, nie! – a wówczas widmo znikało. Czasem jednak miało to miejsce parokrotnie w ciągu jednej nocy.

Po pracy chodziłem wykończony psychicznie i fizycznie. Musiałem szukać pomocy u lekarzy, a to oznaczało podejrzenie o symulowanie rozmaitych chorób.

W grudniu 1997 r., już w Niemczech, zatelefonowała do mnie córka, mówiąc, iż na kanale RTL jest emitowany program na „ten temat”. Nie byłem zadowolony z przekazanej mi wiadomości. Żona wyjechała akurat do matki w Kielcach, a ja zostałem sam i zaczął narastać we mnie lęk. Położyłem się na wersalce i wkrótce potem odczułem silny wstrząs. Wówczas postanowiłem wyjaśnić sprawę do końca; czekałem spokojnie, co nastąpi. Ale nie wydarzyło się nic.

Kilka dni później po powrocie z pracy kąpałem się w wannie. W przedpokoju słyszałem głos żony rozmawiającej z córką, która właśnie do nas przyjechała. W pewnym momencie po prawej stronie ciała wyczułem taką samą narośl, jaka pojawiła się kilkadziesiąt lat temu.

Udałem się do swojego lekarza rodzinnego, dr. Prändla z prośbą o skierowanie mnie do kliniki w Ingolstadt w celu gruntownego przebadania. Chciałem ustalić, czym właściwie jest ta narośl. W drodze do lekarza włożyłem rękę pod koszulę, próbując ją wyczuć. Z ogromnym zdumieniem stwierdziłem, iż zniknęła!

Mimo to jednak pojechałem do kliniki, gdzie przez kilka godzin badano mnie za pomocą rozmaitych urządzeń. Śladu narośli nie wykryto.

I jeszcze jedno. Po kilkunastu latach, jakie upłynęły od incydentu nad Białką, pojechałem do Bodzanowa, aby odwiedzić innego jej uczestnika – Adama J. Długo zastanawiałem się, jak do całej tej sprawy nawiązać i w końcu postanowiłem podczas spotkania powiedzieć tylko dwa słowa: – Czy pamiętasz? Nic więcej: tylko te dwa słowa.

Kiedy Adam otworzył drzwi, właśnie tak zrobiłem. Od razu zauważyłem, jak silnie zareagował. Powiedziałem: – Ciągle myślę, co to właściwie było. A on natychmiast zamknął drzwi. Nie pukałem dłużej. Czułem, że stoi za nimi i nasłuchuje. Nie wiem, dlaczego w ten sposób się zachował. To był mój dobry kolega.

Wkrótce potem moja przyrodnia siostra poinformowała mnie w liście, że Adam chodzi po ludziach i opowiada głupstwa. A niedługo potem otrzymałem kolejny list z wiadomością, że się powiesił. W tej sytuacji postanowiłem odnaleźć drugiego kolegę.

Ustaliłem, że w Polsce takie nazwisko ma 319 osób. Zamierzałem zadać to samo pytanie: – Czy pamiętasz? Żona zniechęciła mnie jednak do tego pomysłu, obawiając się kolejnej tragedii.

Wydaje mi się, że inność, dotknięcie INNOŚCI w ekstremalne formie sprawia, iż człowiek czuje się tak, jakby usunięto mu spod stóp ziemię.

Kogo ujrzeliśmy tamtego wieczora? Jakakolwiek byłaby odpowiedź, będzie zawsze domysłem. Nie opuszcza mnie też przeświadczenie, iż coś lub ktoś od lat chroni mnie przed śmiertelnym zagrożeniem, więzieniem itp. Oto przykład.

Kiedy moja córka miała pięć lat, szliśmy ulicą 11 Listopada. W pewniej chwili gwałtownie skoczyła do przodu z okrzykiem: – Stój! W tamtym momencie tramwaj gwałtownie skręcił w prawo, wypadając z szyn. Sekundę później znaleźlibyśmy się pod jego kołami. (...) Takich i podobnych przypadków było więcej…

Tadeusz Kujda,

Neuburg/Donan

Niemcy

W sprzedaży



Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Więcej informacji w Polityce prywatności.