Runy, kamienie i zabłąkani goście

Aleksandra Zdrojewska

Modesta MiazekModeste po francusku znaczy: skromna. I właśnie taka okazuje się healerka z Dąbrowy pod Wejherowem, Modesta Miazek. Jej babka umiała z rysów twarzy i kształtu dłoni człowieka wyczytać jego charakter. Ojciec miewał prekognicyjne sny. Nic dziwnego więc, że zamiłowanie do spraw duchowych Modesta Miazek niejako odziedziczyła razem z materiałem genetycznym, podobnie zresztą, jak jej siostra Aldona.

Z wykształcenia jest nauczycielem muzyki. Wiele lat spędziła w szkole, ucząc dzieci śpiewu i wyczucia rytmu. Nauczała, że jakość życia kształtuje jakość głosu. Jeśli wydobywamy go z przepony, ze splotu słonecznego, człowiek żyje głębiej, mocniej, ciekawiej. Głos musi być wyraźny, dźwięczny, melodyjny. Każda fraza winna być wypowiadana oddzielnie, byśmy przez słuchających nas ludzi nie byli odbierani jako nośnik monotonnego dźwięku.
- Muzyka była i nadal pozostaje moją pasją – mówi terapeutka z Wybrzeża. – Nawet, kiedy zrezygnowałam z pracy w szkole, ten świat wciąż był mi bliski.
Od muzyki do muzykoterapii całkiem już blisko. Modesta Miazek praktykowała ją w jednym z gdańskich szpitali, na oddziale fizykoterapii. Zachęciła ją do tego siostra Aldona, z którą łączą ją nie tylko więzy rodzinne, ale i pokrewieństwo dusz.
- Aldona była moim przewodnikiem w świecie energii, kiedy jeszcze nic nie wiedziałam o tych sprawach. Instynktownie czułam, że ten świat bardzo mnie pociąga. Aldona jako pierwsza skończyła kurs Reiki, ja w ślad za nią. Była i jest moim mistrzem.
Aldona (o której Nieznany Świat pisał w nr. 2/2004 – przyp. red.), od wielu lat mieszkanka Szwecji, zaprosiła Modestę w odwiedziny. Pokazała jej muzea, sposoby kultywowania tradycji, zabytki. To właśnie wtedy jej siostra postanowiła, że zainteresuje się kulturą przodków. Zaczęła namiętnie studiować mitologie germańskie.

Coś się w niej zmieniło.

Gdy porzuciła "wielki świat" przenosząc się na leśną polanę, świat przyszedł do niej. Healerka spod Wejherowa, Modesta Miazek (z runą w dłoniach)Przełom nastąpił także w życiu prywatnym. U koleżanki poznała szczupłego mężczyznę w okularach. Z zapałem opowiadał o winoroślach, które uprawiał, jak pną się w górę, ku światłu. Jeszcze tego samego dnia pojechała obejrzeć jego winogronowe plony. W kilka miesięcy potem zamieszkali wspólnie ze Zbigniewem na polanie w Dąbrowie, pośrodku lasu niedaleko Wejherowa. Wokół były tylko drzewa, mała drewniana chatka i tysiące winorośli.
Modesta pielęgnowała winogrona jak dzieci. Mówiła do nich, dotykała delikatnie liści, podlewała, gdy było za sucho i osłaniała, gdy niemiłosiernie prażyło słońce. Winorośle co roku odwdzięczały się bogatymi zbiorami. Niestety, po siedmiu latach pracy przyszła wichura i w 20 minut zniszczyła wszystko, nad czym Modesta i Zbigniew pracowali. Po winoroślach zostały suche gałęzie, na pół wyrwane korzenie i szkło z potłuczonych szklarni.
Tak upadła wizja ogrodnictwa państwa Miazków.
- Nie było sensu tego ratować czy odbudowywać. Nie sposób walczyć z nieprzewidywalnym żywiołem – wspomina Modesta. – Trzeba było znaleźć coś, co będzie wraz z nim rosło, żyło, rozwijało się.
Posadziła borówkę amerykańską. Ale w nocy na polanę przychodziły sarny, dziki, zające. Trzeba było borówkę ogrodzić. Przy okazji tej pracy Modesta spojrzała na otoczenie innym okiem. Ten teren – tak bogaty w zioła – aż prosił się: weź mnie takim, jakim jestem. Weź moje leki, sprowadź ludzi, opowiedz im o mnie. Opowiedz o teraźniejszości i przeszłości.

Odżyły niegdysiejsze pragnienia ze Szwecji, mitologie germańskie, fascynacja kulturą przodków.
W lasach za Wejherowem odkryła dawne kurhany, zapomniane kamienie i wojenne cmentarze. Największe, zapomniane, obrośnięte mchem kamienie z okolicznych rowów postawiła w kręgu na polanie. Nazwała je imionami wikingów. Stały się oazą spokoju.
Któregoś dnia przyjechała Aldona i stanęła w środku kamiennego kręgu. Stwierdziła, że to jest miejsce magiczne; zapowiedziała też, że przyjdzie czas, gdy ludzie sami je odkryją.
I tak się stało.
Każdy, kto odwiedza polanę ma wewnętrzną pokusę, aby stanąć wśród tych kamieni. Często wybiera sobie jeden z nich, po prostu stając dłużej właśnie koło niego. Na tej podstawie Modesta wie, czego jej gościowi w życiu brakuje.
Aldona przywiozła siostrze wypalarkę do run. Ona zaś, od lat zafascynowana starym alfabetem celtyckim, wzięła się do pracy. Piłą pocięła czteroletni pień czereśni na plastry, oszlifowała je, namaściła olejkami. Plastry w naturalny sposób wygięły się, przyjmując postać płytkich talerzyków. Na nich powstały pierwsze, symboliczne runy. 24 znaki.
Po pierwszym komplecie przyszedł czas na następne. Pokazała je komuś z gości. Zachwycił się i poprosił o swoje.
- Tak ruszyła moja manufaktura – opowiada healerka. – O każdej runie mogę opowiadać godzinami. Są dla mnie alfabetem i talizmanem. Wypieszczam je jak własne dzieci. Każdy ze znaków mówi o innej dziedzinie życia. Robię i sigile i bindruny. Dla każdego, kto tego potrzebuje, dobieram indywidualne kombinacje.
Kto ma ją odnaleźć – odnajdzie. Z kim ma się spotkać – tak będzie. Kto ma trafić do jej domu – trafiKażda runa jest nasączona olejkiem, oszlifowana. Najlepiej robić je z drzewa bukowego, dębowego i czereśniowego. Także brzoza okazuje się do tego celu świetnym materiałem.
O Modeście – czarodziejce od run – zaczęły krążyć w okolicy opowieści. Tubylcy coraz częściej mówili o kobiecie, która mieszka z dwójką dzieci i mężem w środku lasu, w małej chatce z drewna, i wypala w drewnie tajemnicze znaki szczęścia.

- Przychodzili różni zbłąkani ludzie. W sensie dosłownym, i przenośnym. Ktoś szedł do lasu na grzyby, wychodził na polanę i trafiał do mnie do domu. Czasem zjawiały się osoby, które chciały zobaczyć runy. Najczęściej okazywało się, że właśnie błądzą w życiu i runa jest im potrzebna jako drogowskaz – opowiada healerka spod Wejherowa. – Prowadziłam z nimi długie rozmowy. Twierdzili, że odmieniam ich los. Namawiali mnie do prowadzenia spotkań z ludźmi i mówienia im o życiu. Uważali, że powinnam to robić, ja, kobieta spełniona, która ma wszystko: ciekawą pracę, dobrego męża, spokojny dom, udane dziecko (wtedy jeszcze na świecie nie było córeczki, tylko synek).

W 2000 roku na polanie powstał duży domek, coś w rodzaju oszklonej wiaty – dzieło rąk Modesty i Zbigniewa Miazków oraz małej ekipy pomagających im ludzi. W środku stanęły ławy, stoły i kominek.
I znów przyjechała Aldona ze Szwecji. Razem z Modestą poprowadziły pierwsze warsztaty dla spragnionych wiedzy: o ziołach, o malowaniu mandal i aniołów, o runach. Każdy przepracowywał tu własne problemy, a jednocześnie współgrał i wspólnie z innymi współtworzył ciekawe prace plastyczne. Następowała pełna integracja wewnętrzna i zewnętrzna. Uczestnicy pisali w języku runicznym swoje życzenia, a potem palili kartki w kominku i malowali swoje anioły. Gimnastykowali ciało. Jedli proste potrawy.
Warsztaty trwały trzy dni. Zakończyły się chodzeniem po rozżarzonych węglach. Ich uczestnicy wyjeżdżali z Dąbrowy oczyszczeni, wyciszeni, zrelaksowani.
Od tego czasu Modesta podobne spotkania przeprowadza dwa, trzy razy w roku. Chętnych nigdy nie brakuje. Spotyka ich nie tylko na festiwalach medycyny naturalnej, ale i na ulicy w Wejherowie czy Gdyni – tak po prostu. Kto ma ją odnaleźć – odnajdzie. Z kim się ma spotkać – tak będzie. Kto ma trafić do jej domu – trafi.
- Przyciągam do siebie dobrych ludzi – mówi healerka. – Nie boję się być sama w środku lasu.
Niedawno trafił tu zbłąkany pies. I już pozostał.
Niedawno trafił tu zbłąkany pies. I już pozostałNa czarodziejską polanę dotarł samotny grzybiarz. Zwierzył się, że od dziesięciu dni przeprowadza głodówkę. Fizycznie czuł się wspaniale, ale przepracowywał w sobie ogromne problemy psychologiczne. Kierując się nieodgadnionym impulsem zapukał do drzwi Modesty. Healerka wyszła w długiej sukni, jak zwykle bez makijażu, z małą córeczką na rękach...
- Napije się pan herbaty? – spytała.
- Tylko wody – odpowiedział człowiek.
Weszli na górę małego domku. Przybysz usiadł, a Modesta zaczęła go rysować. Wszystko odbywało się bez słów. Gość siedział jak zahipnotyzowany, spytał tylko, co Modesta rysuje.
- Pańskiego anioła – odpowiedziała.
Powstał niezwykle kolorowy rysunek. Nie był to anioł w sensie dosłownym. Raczej barwne smugi, promienie, kleksy, półcienie.
- To, co złe ma już pan za sobą. Jest pan zupełnie zdrowy. I proszę nie martwić się o swoją wątrobę. Wszystko wróciło do dobrego stanu – powiedziała healerka. - Inne problemy też zostały rozwiązane.
Przybysz schował kolorową pracę Modesty i rozpoczął opowieść o sobie. Wszystko, co mówił, Modesta zawarła przedtem w rysunku – mandali. Usłyszała:
- Pani naprawdę jest czarodziejką!

Kiedy healerka opowiada swoją historię, cała promienieje. Tyle ciekawych rzeczy wydarzyło się, odkąd mieszka pośrodku lasu w Dąbrowie. Gdyby ktokolwiek i kiedykolwiek przed 15 laty powiedział jej, że będzie prowadziła życie na odludziu, nie uwierzyłaby. Pracowała przecież w centrum miasta, wśród ludzi. Gdy później odcięła się od świata, świat przyszedł do niej. W postaci ciekawych ludzi, zwierząt. Sarny, dziki, zające podchodzą pod sam dom i jedzą z paśników. Modesta – kiedyś miastowa kobieta, dziś z układu chmur, lotu ptaków i układu trawy na ziemi odczytuje prognozę pogody. Zbiera zioła. Robi nalewki. Wykłada słoninę ptakom. I patrzy, jak każda pora roku niesie ze sobą piękno.

Zdjęcia: Aleksandra Zdrojewska

Kontakt z Modestą Miazek: tel. 602 837 559

Z archiwum Nieznanego Świata - Nr 6/2004

Numer bieżący



Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Więcej informacji w Polityce prywatności.