Od matematyki do metafizyki

Aleksandra Zdrojewska

Stanisław MarciniakZ wykształcenia matematyk. Z zamiłowania sportowiec, bioenergoterapeuta, kręgarz i uzdrowiciel duchowy. Podstawową zasadą jego życia jest prostota i pokora. Właśnie to przyciąga do Stanisława Marciniaka i chorych, i zdrowych

Ma 72 lata i charakteryzuje się ogromnym poczuciem humoru. Na stałe mieszka w Połczynie, ale przemieszczając się po kraju przyjmuje chorych w całej Polsce.

Ojciec Marciniaka zajmował się parapsychologią jeszcze przed drugą wojną światową, a w rodzinnym domu, jak sam wspomina, było bardzo dużo książek poświęconych okultyzmowi, chiromancji, frenologii, hipnozie i tzw. białej magii (wówczas nie posługiwano się powszechnie terminem: parapsychologia).

Marciniak, jako uczeń gimnazjum, zaczął zgłębiać tę wiedzę. Sam nauczył się hipnozy i jasnowidzenia, ale nie pielęgnował zdobytych umiejętności. Uczył się dla siebie. Maturę zrobi! jeszcze przed 16 rokiem życia i poszedł na studia matematyczne, które - jak mówi - wyposażyły go w zdolność analizy i syntezy oraz rozwinęły jego logiczną półkulę mózgową. Jednak życie pokazało, że musiał pomyśleć i o prawej - tej intuicyjnej.
W czasie studiów szukał literatury ezoterycznej w uniwersyteckiej bibliotece, ale niczego nie znalazł. Nie było tam takich nazwisk, jak np. Ossowiecki czy Bławacka.

- Zapytałem kiedyś bibliotekarkę, czy ma coś o białej magii i medycynie chińskiej. A to był 1954 rok. Gdyby chciała, mogłaby mnie wydać władzom za "nieodpowiednie zainteresowania", ale nie zrobiła tego - wspomina dziś uzdrowiciel z Połczyna. - Zamiast tego głęboko spojrzała mi w oczy i kazała przyjść za trzy dni. - Będziesz mógł korzystać ze specjalnych zbiorów Biblioteki Narodowej w Warszawie przy ul. Rakowieckiej 6, ale nikomu o tym nie mów - powiedziała.

Po trzech dniach przyszedł do biblioteki starannie ubrany, jak na egzamin. Bibliotekarka zaprowadziła go na zaplecze, gdzie czekał na niego miły, niski starszy pan, który tak się ucieszył na jego widok, jakby odnalazł zaginionego syna.
Był to dr nauk humanistycznych, Jerzy Radziwiłł. Zwiedził Chiny, Indie, był niekwestionowanym autorytetem w dziedzinie kulturoznawstwa i... sferze ezoteryki.
Stał się moim mistrzem - podkreśla healer.
Nigdy nie spotykali się w czytelni, zawsze na zapleczu. Dwa, trzy razy w tygodniu nauczyciel oczekiwał na ucznia i wpajał mu podstawowe arkana wiedzy.
Marciniak z uśmiechem wspomina swoje rozczarowanie, gdy mistrz, zamiast przynieść wreszcie coś o białej magii, wręczył mu książkę na temat anatomii człowieka z atlasem (tyla to pozycja przeznaczona dla studentów medycyny) i kazał wszystko wkuć na blachę. Po "egzaminie" dostał do wkucia na pamięć podręcznik fizjologii człowieka, a potem - typologii chorób. Dopiero później przyszła pora na różne książki dotyczące medycyny chińskiej.
Mistrz Radziwiłł śmiał się i zacierał ręce, widząc, jak jego uczniowi powoli przychodzi rozróżnianie różnych niuansów i subtelności nowopoznawanej wiedzy.

W tym samym czasie Marciniak ukończył studia matematyczne. Zajęcia z dr. Radziwiłłem potraktował jako drugi fakultet i coś, co kiedyś może się przydać. Nie wiedział tylko, kiedy to nastąpi.
Tymczasem zaczęło się twarde, realne życie. Po studiach zaczął pracę jako ekonomista. W międzyczasie ożenił się.
Przełom nastąpił, gdy brat, później światowej sławy elektronik, Wiesław Marciniak, przywiózł mu z Kijowa (gdzie wówczas studiował elektronikę) tom zatytułowany Biologiczna łączność radiowa.

- Powróciło do mnie wszystko z czasów, gdy spotykałem się z dr. Radziwiłłem - wspomina. - Po przeczytaniu tej książki poczułem, jak gdyby stanął przede mną mój mistrz i kazał mi ruszać do właściwej pracy - wspomina Stanisław Marciniak. - Skupiłem się. Zacząłem medytować.

Zaczęły dziać się "dziwne" rzeczy. Ktoś chory w towarzystwie Marciniaka nagle zdrowiał. Kogoś bolała głowa, a po dotknięciu ręką ból ustępował. Goiły się rany, znikały wrzody. I nikt nie wiedział, dlaczego.
Jako 29-letni już mężczyzna magister Marciniak pewnego dnia był świadkiem agonii swojej teściowej. Gdy wszedł do jej pokoju, wyglądała strasznie: miała drgawki, rzęziła. Jej twarz była wykrzywiona bólem, oddech się rwał. Umierała na raka wątroby. Wziął kobietę za ręce, a ona usiadła na łóżku.

Oddał się chorym całym sercem i umysłem. Stanisław Marciniak- Usłyszałem głos mojego przewodnika: "Daj jej odejść, puść. Masz potężną dawkę życia, nie zatrzymuj jej" - wspomina healer. - Usłyszałem też słowa: „Będziesz leczył ludzi". Wszystkiego się spodziewałem: że awansuję zawodowo, naukowo, a może nawet trafię do dyplomacji, ale nie tego, że będę leczył. Było to dla mnie zadziwiające.
Puściłem wtedy ręce teściowej i powiedziałem, że nie mogę jej trzymać, bo przeszkadzam w odejściu. Ona wówczas uśmiechnęła się i odrzekła: "Wiem o tym". "Skąd?"- spytałem zdumiony. - Gdy człowiek umiera, jest między jednym, a drugim światem, modli się za innych i za najbliższych, przychodzą o nich wieści - odpowiedziała.
Gdy dziś myślę o tym wydarzeniu, które pamiętam w każdym szczególe, uśmiecham się sam do siebie, i z tym uśmiechem witam moich chorych, którym oddałem się całym sercem, umysłem, mózgiem. Bo inaczej nie można...

Wówczas, gdy to się działo, miał 29 lat i był dyrektorem firmy.
Z dnia na dzień zaczął pomagać ludziom. Wszystkie cudowne przypadki nagle stały się jasne. Pracował w gabinecie dyrektorskim, sekretarki broniły do niego dostępu osobom niepowołanym, a on trzymał nad ludźmi ręce - leczył mięśniaki, cysty, niestrawności... Jego stawa zaczęła wybiegać poza granice firmy, a potem również i miasta. Jednak jeszcze długo, bardzo długo wszystko to odbywało się nieoficjalnie, w swoistej konspiracji.
Cały czas się uczył. Takie psychologii, tej - jak mówi - królowej nauk. Dzięki temu zrozumiał, co może dziać się w podświadomości pacjenta, i że najważniejsze w terapii jest umieć tam właśnie dotrzeć. Można to zrobić poprzez energię i oddziaływanie nią na pracę przysadki mózgowej, albo dotrzeć do celu poprzez świadomość pacjenta. Ta ostatnia droga okazuje się najtrudniejsza, choć daje najszybsze rezultaty.

- Metoda postępowania zawsze wynika z sytuacji, w jakiej znajduje się chory. Podstawową przyczyną wszystkich chorób jest lęk i cała gama związanych z nim uczuć. Poprzez różnorakie wzajemne powiązania, lęki wzajemnie się spiętrzają powodując zakłócenie oraz zablokowanie przemian energetycznych, zachodzących w organizmie człowieka, zastopowanie wewnętrznego przesyłu energii.

Przyczyny chorób, zdaniem healera z Połczyna, tkwią w polu energomagnetycznym człowieka, i tam się objawiają. Na dowód tego przytacza pewien przykład.

- Zdarzyło się, że przyszła do mnie zakonnica chora na owrzodzenie przewodu pokarmowego. W trakcie drugiego zabiegu bioenergoterapii z niepokojem zagadnęła mnie, czemu z nią nie rozmawiam. Nie rozmawiałem, bo nie miałem zaufania do jej świadomości. A ona czuła, że się coś i nią dzieje. Zapytałem wówczas, dlaczego, jej zdaniem, ma te owrzodzenia. Odparła, iż dlatego, że pości dla Matki Boskiej, je tylko suchy chleb, jak każe modlitwa. Słucham jej i pytam: - A jak się modlisz? Na co ona: - Odmawiam różaniec św. Teresy. - A kochasz samą siebie? - Nie wiem - padła odpowiedź.
Uświadomiłem jej wówczas realność zwrotu: "Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczam". - Musisz odpuścić - powiedziałem - wszystkim. Sobie też. Wtedy wyzdrowiejesz.

Po dwóch miesiącach od tej rozmowy zakonnica była zdrowa.
Przywraca kręgosłupom stabilność i sprężystość o której trafiający do niego ludzie mogli tylko marzyćPoczątkowo wykonywał tylko zabiegi bioenergoterapii, jednak z czasem uświadomił sobie, że pień życia znajduje się w kręgosłupie. To od niego biegną nerwy obwodowe do poszczególnych części ciała. Wszelkie anomalie w pracy kręgosłupa zakłócają prawidłowy przebieg informacji między mózgiem, tylnym mostem i rdzeniem kręgowym, a innymi częściami ciała. Ucisk kręgów w zdeformowanym miejscu wywołuje okresowe, później zaś stałe dysfunkcje w pracy organów, np. pierwszy kręg na odcinku szyjnym znajduje się przy nerwie wzrokowym, a jego ucisk bezpośrednio na ten nerw, choćby tylko w sytuacjach, gdy ciało przybiera określoną pozycję, powoduje ograniczenie prawidłowego funkcjonowania wzroku. Ponadto zamyka światło przepływu kiwi w tętnicy szyjnej i poprzez niedotlenienie może spowodować przejściowe lub trwałe zaburzenia w pracy mózgu. Takie zaburzenia objawiają się uciążliwymi bólami głowy, zawrotami, mdłościami, depresją, zachwianiem równowagi.

Trwale wyleczenie kręgosłupa jest możliwe w wyniku kolejnych zabiegów polegających na ustawieniu geometrycznym kręgów, usunięciu narośli, złogów i odtworzeniu naderwanych powięzi - uważa healer z Połczyna. Czyni to poprzez oddziaływanie nie tylko manualne, ale i energetyczne (przy wykorzystaniu zmienności pola magnetycznego, według autorskiej metody) na same kręgi i mięśnie oraz tkanki okołokręgowe. Dzięki temu w stosunkowo krótkim czasie kręgosłup pacjenta uzyskuje pewną stabilność, i osiąga sprężystość, o jakiej wcześniej można było tylko marzyć. Odkształcony wskutek różnych obciążeń, gdy te ustępują - zwolna powraca do pierwotnej pozycji. Bo nasz pień życia ma wielką zdolność regeneracji. Zdrowy kręgosłup to ten, który powraca w położenie właściwe dla wzrostu, wagi i umięśnienia swojego właściciela.
Bardzo ważna dla ogólnej kondycji jest aktywność fizyczna - twierdzi Marciniak. I dodaje, że nie chodzi tu o jakieś akrobacje, lecz w ogóle o ruch: chodzenie, bieganie, wykonywanie ćwiczeń, głęboki oddech na świeżym powietrzu. Sam przez całe życie gimnastykuje się, skacze, biega. Często można go spotkać w dresie i adidasach, jak szybko przemierza ulice miasta, w którym akurat przyjmuje.
Kiedy pacjenci wylewnie mu dziękują za uwolnienie od choroby, zawsze mówi: - To nie ja, to siła miłości Bożej, z której czerpię.

Kontakt z Stanisławem Marciniakiem.

Zdjęcia autorki

Z archiwum Nieznanego Świata - Nr 7/2006

Numer bieżący



Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Więcej informacji w Polityce prywatności.