Uzdrowicielka z racjonalnym umysłem

Spis treści

Ewa Dereń

Anna Mitka-WosińskaUszkodzenie nerwów słuchowych, a do tego zniszczona błona, to wyrok. Lekarze orzekli, że 76-letni pacjent nigdy nie będzie już słyszał. Ale Anna Mitka-Wosińska nie lubi stwierdzeń kategorycznych w rodzaju zawsze, nigdy. Wykonała kilka zabiegów bioenergoterapeutycznych, po których Józef J. odzyskał słuch

Myślała, że będzie muzykiem. Uczęszczała do ukochanej szkoły, gdzie uczyła się grać na skrzypcach i fortepianie. Nagle, gdy miała 12 lat, nastąpił tzw. rzut reumatyczny. Sztywne stawy, powykręcane palce, pobyt w sanatorium. Musiała przestać grać. To był podwójny dramat, gdyż oznaczał nie tylko rozstanie z muzyką, ale jednocześnie konieczność powrotu do normalnego świata, od którego uciekała w muzykę.
A uciekała – bo w świecie, w jakim żyła, odkąd pamięta, nie było normalnie. Rówieśniczkom kwiatki zrywane na wianki więdły, jej – nie. Widziała aurę wokół roślin, kolory, których inni nie dostrzegali. Gdy przytulała chore kotki i pieski – zdrowiały.
Kiedy odkryła, że tylko ona jest takim dziwakiem, zaczęła odsuwać się od dzieci. Ranił ją urągliwy śmiech, zamknęła się w sobie. Nie chciała widzieć tego wszystkiego.
Szkoła muzyczna okazała się skuteczną ucieczką w inny świat, świat dźwięków wyrażanych kolorami tęczy. Wibrowały, unosiły się, a ona – w wyobraźni – unosiła się wraz z nimi. W tym świecie wreszcie czuła się sobą. Ale ten azyl prędko się skończył.

- Stałam się dzieckiem zamkniętym w sobie, pomimo pozorów wesołości. Światy były dwa – ten normalny, i mój własny. W pierwszym żyłam jak wszyscy, w swoim bawiłam się gwiazdami na niebie, kolorami, jakich na Ziemi nikt nie dostrzegał. Z doznaniami, które pozwoliły mi przetrwać dorastanie w poczuciu odmienności. Widziałam i czułam więcej, ale wcale mnie to nie cieszyło. Bywało męczące; na przykład zawsze wiedziałam, kiedy ktoś kłamał. A to powoduje dyskomfort i skazuje na samotność – wspomina dziś Anna Mitka-Wosińska.

W tamtych czasach półki księgarskie nie uginały się, jak dziś, od literatury ezoterycznej. Nie było wydawnictw na tematy para i meta, nie istniały czasopisma poświęcone nieznanemu. - Nie miałam pojęcia, dlaczego widzę to wszystko i skąd wiem to, co wiem. Nie mogłam z nikim skonfrontować swoich spostrzeżeń, pojawiały się natomiast opinie w rodzaju "ziwoląg", "ufoludek". Zaczęłam więc szukać sama; instynktownie czułam, że przecież gdzieś muszą żyć ludzie tacy sami, jak ja. Zaczytywałam się książkami Lema, świat jego wyobraźni był mi bliski.

Przerwana śpiączka i wirtualny gips

Fachowa literatura i nauka w Kieleckim Studium Radiestezji i Bioenergioterapii jedynie potwierdziły to, co od dawna intuicyjnie odbierała i czego na co dzień doświadczała. Pozwoliły natomiast pogłębić wiedzę i wzbogacić ją o nowe umiejętności. Anna Mitka-WosińskaNie wiedziała nawet tego, że gdy przykłada ręce, jej dotyk pomaga. Pierwsze powiedziały jej o tym klientki zakładu kosmetycznego, w którym pracowała. Zabiegi, jakie tam wykonywała, likwidowały jednocześnie bóle pleców, głowy, oczu. Obserwowała efekty, nadal nie rozumiejąc, co się dzieje.

- Po raz pierwszy zostało to nazwane dopiero w szkole – mówi. – Tam wreszcie dowiedziałam się, co robiłam. I że robiłam to dobrze.

Szkoła to Kieleckie Studium Radiestezji i Bioenergoterapii, do którego w końcu trafiła i którego dyplom wisi dziś na ścianie jej gabinetu obok wielu innych, m.in. ukończenia kursów reiki i różnych technik masażu. Nauka trwała trzy lata, potem był kurs dający tytuł mistrza bioenergoterapii.
Studium w Kielcach wspomina jako fantastyczne miejsce, gdzie poznała wspaniałych ludzi. Wiele się tam nauczyła, ale przede wszystkim – potwierdziła swe niesamowite zdolności i zaczęła je rozumieć. Inna rzecz, że będąc urodzonym sceptykiem wszystko musiała po kilka razy sprawdzać.

- A najbardziej siebie – śmieje się. – Nawet już studiując, nie bardzo wierzyłam na przykład, że za pomocą reiki można pracować na odległość. Dziś już wiem, że dystans fizyczny między mną a pacjentem nie ma żadnego znaczenia ani dla rozpoznania problemu, ani działania terapeutycznego.

Świetnie rozumieją to również rodzice małej, 3-letniej Darii, kiedyś trafiła do Anny Mitki-Wosińskiej jako dziecko niemówiące. Zaczęła mówić już po drugiej wizycie i właściwie w tym momencie rola bioenergoterapeutki skończyła się, ale rodzice dziecka do dziś pozostają z nią w stałym kontakcie. Gdy tylko coś ich w stanie córki zaniepokoi, telefonują, a ona przeprowadza na odległość diagnozę i zaleca dalsze postępowanie. No i oczywiście przekazuje energię, która zazwyczaj natychmiast wzmacnia zdrowie dziecka.

- Po prostu łączę się energetycznie z Darią i sprawdzam, co dzieje się w jej organizmie. Nie umiem tego bardziej obrazowo wyjaśnić – tłumaczy bioenergoterapeutka. – Gdy pomagam na odległość, pracuję kolorami i światłem. To moja technika z dzieciństwa – teraz już nie zabawa, lecz pomoc dla innych.
Praca na odległość to dla Anny Mitki-Wosińskiej codzienność. Nie tylko usuwa w ten sposób bóle i stany zapalne. Zdarzały się też efekty tak spektakularne, jak wyprowadzenie ze stanu śpiączki, które lekarze określali mianem cudu, czy ulepiony ze światła wirtualny gips, jaki założyła chłopcu, który złamał nogę. Następnego dnia otrzymała od mamy Adriana wiadomość, że opuchlizna zeszła, a syn normalnie chodzi.
Efekty jej wirtualnych operacji są trudne do zakwestionowania, bo okazują się bardzo wymierne: likwidacja torbieli, polipów czy krwiaków jest łatwa do stwierdzenia. Jedna z jej pacjentek mieszka aż w Helsinkach. Nie przyjeżdża na wizyty osobiście, a jednak skrzywienia kręgosłupa, na jakie cierpi, stopniowo się prostują. W wielu przypadkach radykalna poprawa stanu zdrowia pojawia się już po pierwszym przekazie energii.

Numer bieżący



Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Więcej informacji w Polityce prywatności.