Odkryj siebie

Maria Rojek

ImageStworzył własny, niepowtarzalny sposób niesienia pomocy tym, którzy jej potrzebują. Zajmuje się oczyszczaniem mieszkań i domów z niewidzialnych bytów, przeprowadzając je do światła. Twierdzi, że zwłaszcza w dużych miastach spotyka sporo dusz nieświadomych śmierci ciała.

Stanisława Warlikowskiego – bo o nim mowa – znamy w redakcji Nieznanego Świata od wielu lat. Bezpośrednim powodem powstania tej publikacji stał się jednak list czytelniczki miesięcznika, która na własnej skórze odczuła, jak dokuczliwe potrafią być niewidzialne energie, jeśli zagoszczą pod czyimś dachem, czy też je do nas – najczęściej nieświadomie – zaprosimy.

W tym przypadku z problemem nie był w stanie uporać się żaden ze znanych świeckich egzorcystów. Niewiele też dała interwencja księdza egzorcysty. Mieszkanie nadal wyglądało jak po przejściu huraganu. Dopiero Stanisław Warlikowski odkrył prawdziwą duchową naturę zjawisk nękających przerażoną kobietę i uwolnił ją od nich. W efekcie zdrowie i samopoczucie pani X poprawiło się, a życie nabrało rumieńców. Zwracając się do redakcji napisała, że brak jej słów, by wyrazić wdzięczność dla kahuny i zarazem terapeuty, który okazuje się człowiekiem nad wyraz skromnym i nie szukającym rozgłosu.

Sam nie uważa siebie za kahunę. Owszem, w przeszłości ukończył kurs masażu Ma-Uri u małżeństwa Sułkowskich, zajmował się też reiki, zgłębiał tajniki energii uniwersalnej. Jednak od lat podąża własną drogą duchowego rozwoju, na której spotkał swojego Przewodnika. Jest nim – jak mówi – Anioł Śmierci, będący zarazem Aniołem Narodzin. Wszak, tłumaczy, musimy umrzeć tu, aby narodzić się do życia po drugiej stronie – i odwrotnie.

Od radiestezji do modlitwy

Podczas odbywania służby wojskowej spotkał kolegę, który odnajdywał wodę za pomocą różdżki. Spróbował tej sztuczki sam – i przekonał się, że ma zdolności radiestezyjne. Przydały się bardzo szybko po powrocie do cywila. Okazało się bowiem, że jego ojciec choruje na nogi. Nie mógł już chodzić, lekarze podejrzewali chorobę Burgera. Proponowano amputację.

Stanisław Warlikowski, posługując się wahadełkiem, ustalił, że łóżko chorego stoi na skrzyżowaniu cieków wodnych. Z pomocą brata przestawił je – i po kilku tygodniach choroba ustąpiła.

Radiestezją zajmował się też brat dziadka. To właśnie od niego healer pożyczał interesującą go literaturę. Czyta też od pierwszych numerów Nieznany Świat.

Na początku wiele mu dały spotkania z grupą przyjaciół Bruno Gröninga. Zrozumiał, jak działa otwarty kanał energetyczny (utworzony przez Bruna). Dziś wie, że tak naprawdę każdy uzdrawia się sam. Uzdrowiciel tylko wspomaga ten proces energią, wzmacnia motywację chorego. Nawet on jednak nie pomoże, jeśli choroba jest komuś na rękę.
Gdybym wyzdrowiała, nikt by mnie nie odwiedzał – wyjaśniła z rozbrajającą szczerością jedna z klientek. Pożegnał ją uśmiechem.
Zaczął pomagać ludziom jako bioenergoterapeuta. Swego czasu intensywnie malował mandale. Ten etap ma za sobą. Obecnie maluje sporadycznie, chętnie natomiast pracuje z energią drzew.
To chyba dlatego nazywają mnie kahuną – zwierza się – chociaż nie robię esencji. Nie zalecam też diet. Nawet nie stosuję masażu Ma-Uri. W pewnym momencie Przewodnik powiedział: „Kto ma decydować za ciebie, jakich technik powinieneś używać, jakie zabiegi możesz robić?”.
Gdy uzdrawiał przez nakładanie rąk, seans zaczynał i kończył modlitwą. Chorzy uświadomili mu, że najsilniejsza energia płynęła zawsze na początku i pod koniec. Skupił się więc na modlitwie. Wtedy Przewodnik powiedział: Modliłeś się już tyle razy, kanał został otwarty. Wystarczy sugestia i świadomość, że w nim jesteś (wraz z chorym potrzebującym pomocy).
Bywa, że przesyła energię na odległość. Swego czasu np. posługując się zdjęciem wykonywał zabiegi 3,5 letniemu chłopcu choremu na marskość wątroby. Podczas przekazu energetycznego malec stawał się nieznośny. Według opinii lekarzy dziecko mogło dożyć co najwyżej siódmego roku życia. Dziś jest nastolatkiem.
Na prośbę matki przesyłał też energię jej synowi uzależnionemu od gier komputerowych. Młody człowiek spędzał całe dnie w pokoju z zasłoniętymi oknami. Bał się wyjść z domu, bo za progiem czyhały potwory rodem z wirtualnego świata. Po seansach Stanisława Warlikowskiego lęk ustąpił, a chłopak postanowił poszukać odpowiedniej dla siebie pracy.
Przez pewien czas mój rozmówca przyjmował w prywatnych gabinetach. Doszedł jednak do wniosku, że uzdrawiania nie można traktować w sposób biznesowy. Później odwiedzał chorych w domach. Od paru lat pracuje fizycznie, choć nie w swoim zawodzie (jest ślusarzem-mechanikiem). Uważa, że także w markecie, który jest miejscem jego obecnego zatrudnienia, ludzie często czują się bezsilni, zagubieni. – Aby pomagać innym, nie jest niezbędny gabinet – powtarza. – Kto ma do mnie trafić, i tak odnajdzie drogę.

Szybka odpowiedź

Pewnej zimowej nocy spóźnił się na ostatni pociąg do Wołomina. Poczekalnię zamykano od 24-ej do 5-ej rano. Niestety, żadna „okazja” w stronę Wołomina się nie trafiła. Samochody w tamtym kierunku nie zabierają autostopowiczów. Rozgrzewając się marszem po ulicach Pragi, zadał sobie wówczas pytanie, jaki cel ma to zdarzenie.
Odpowiedź przyszła wkrótce. Straż miejska zainteresowała się przy sypiającym na przystanku chłopcem. Skierowano go na Dworzec Wileński. Warlikowski poinformował nastolatka, że dworzec jest o tej porze zamknięty. A gdy zaczęli rozmawiać na dobre, okazało się, że młody człowiek uciekł z domu. Zgodnie z panującą modą nosił długie włosy i ubierał się w skórzane, „metalowe” stroje. Rodzice doszli więc do wniosku, że na pewno bierze narkotyki. Zaczęła się udręka ciągłych rewizji, atmosfera nieustannego śledztwa, wysyłanie na badanie krwi i moczu. Ponieważ sytuacja była na dłuższą metę nie do zniesienia, chłopak postanowił opuścić dom. Przegadali całą noc. Przed odjazdem pierwszego pociągu do Wołomina Stanisław wręczył mu swoją wizytówkę. - Wracaj, powiedz rodzicom, że byłeś na terapii. Jak zadzwonią - potwierdzę.
Jego rozmówca sam zatelefonował po dwóch miesiącach. Powiedział, że dzięki temu spotkaniu jego życie całkowicie się zmieniło.

Pod kierunkiem Przewodnika

ImageWiedzę na temat terapii, a także przeszłych wcieleń czerpie z medytacji oraz spotkań z Mistrzem. Wie, że nie wolno pracować z czakrą korony, dopóki nie zostaną otwarte obie ziemskie czakry: muladhara i czakra położona w ziemi. Odkrył je podczas wspomagania energią kilkuletniego kasztana. Drzewko rosło przy ulicy i utrudniało ruch. Stanisław Warlikowski przesadził je na tyły posesji. Korzenie kasztana były uszkodzone, więc nikt temu przedsięwzięciu nie wróżył powodzenia.
Każdej nocy mój rozmówca wspomagał drzewko energią. I oto pewnego razu podczas przekazu odczuł dojmujący chłód. Jakaś energia chciała przerwać seans. Przełamał lęk, dzięki czemu odkrył, a jednocześnie otworzył swoją ukrytą pod ziemią czakrę ziemską. Odczuł jej wibrację. I wtedy - niejako automatycznie - otworzyła się czakra korony.
Podkreśla, że dopiero otwarcie ziemskich czakr daje pewność siebie, umiejętność podejmowania decyzji. To one nas zakotwiczają, sprawiają, że umiemy twardo stąpać po ubitym gruncie. Osobom słabym, rozchwianym psychicznie dla zyskania pewności siebie potrzeba energii ziemi. Jego zdaniem, pracę trzeba zaczynać od najniższych czakr, a nie na silę szukać łączności z Kosmosem, eksperymentując z czakrą koronną.

Z praktyki egzorcysty

Pewnego dnia podczas spaceru w podwarszawskiej miejscowości przechodził w pobliżu starego, zrujnowanego domu. Z rudery wyszła kobieta i zwróciła się do niego o pomoc. Mówiła, że nachodzą ją w domu jakieś byty, zakłócając spokój. Zadał jej wówczas pytanie: Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że fizycznie już nie żyjesz? Okazało się, że nie była tego świadoma. Rozmawiał więc po raz pierwszy z duszą. Dodajmy, że na planie duchowym dom wydawał się wygodny i ładnie urządzony. Natomiast na planie fizycznym był ruiną, której ludzie unikali. Tylko grupka pijaczków raczyła się alkoholem pod jego dachem. To były te dokuczliwe, obce byty...
Stanisław odprowadził właścicielkę nawiedzonego domu do Światła. Jeszcze tej samej nocy budynek spłonął. Z czasem na jego zgliszczach powstało wysypisko śmieci.
Inny przypadek: kobieta błaga umierającego męża, by jej nie opuszczał. Tuli się do niego w czasie agonii, ale ciało i tak umiera. Jednak dusza zostaje w mieszkaniu i zaczynają się kłopoty. Jeśli chce podążyć do Światła, Stanisław potrafi jej pomóc.
Czasem sytuacja bywa bardziej skomplikowana. Zmarły chce odejść, ale boi się. Twierdzi, że tuż za progiem ziemskiego życia czeka byt, który pragnie pociągnąć go do ciemności. W tym przypadku egzorcysta sam przekroczył próg (barierę światów) i obu mężczyzn skierował ku Światłu. Niewielu może zdobyć się na taki wyczyn.
Jeszcze inna sytuacja. Młoda matka skarży się, że praktycznie nie jest w stanie zajmować się dzieckiem. Maleństwo sypia tylko w jednym pokoju, bardzo zimnym. Żaden z domowników nie może wytrzymać w tym pomieszczeniu. Kobieta wchodzi tam na chwilę, aby nakarmić i przewinąć niemowlę, po czym coś ją z pokoju wygania. Natomiast próby przeniesienia dziecka w inne miejsce kończą się płaczem.
Podczas wizyty mój rozmówca nawiązał kontakt z duchowym Przewodnikiem dziecka. Okazało się, że malec jeszcze w życiu płodowym przyciągnął ducha opiekuńczego, gdyż wyczuł zagrożenie ze strony rodzicielki (która rozważała możliwość aborcji). Opiekun duchowy izolował więc bliskich od dziecka, aby ustrzec je przed śmiercią. Przekonany przez egzorcystę, że podopiecznemu nic nie zagraża, a matka chce się nim należycie zaopiekować - pozwolił jej na to. Chłód energetyczny znikł, malec zaczął sypiać w różnych pokojach, stał się pogodnym, spokojnym dzieckiem. Opiekun pozostał przy nim jeszcze przez jakiś czas.
Refleksja ab ovo: i w tym, i wielu innych przypadkach ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, jakie będą konsekwencje ich decyzji (czy poczynań) na planie duchowym.

Polubić topolę

Podczas spaceru po Żoliborzu mój rozmówca poczuł się słabo, a przed jego oczami pojawiły się czarne plamy. Poprosił osobę, która mu towarzyszyła, by odsunęła się, a sam zwrócił się do Przewodnika o ratunek, uwolnienie. Wkrótce otrzymał wskazówkę: pomoc jest przed tobą, na wyciągnięcie ręki. Dłonie dotknęły topoli. Drzewo to uchodzi za energetycznego wampira, podczas gdy w rzeczywistości potrafi znakomicie uwalniać od negatywnych energii. Przykładając do niego ręce, poprosił o zabranie zła. A potem podziękował za uwolnienie.
Innym razem - będąc w Łazienkach - również nawiązał kontakt z potężną topolą. Namówił drzewo, aby podzieliło się z innymi swoja energią. Przekaz energetyczny był niezwykle silny, ale taka praca wymaga sporego doświadczenia. To nie są eksperymenty dla początkujących.

Pokochać siebie takim, jakim się jest

ImageOdkrywanie siebie - tak najkrócej można opisać ścieżkę rozwoju duchowego, którą podąża Warlikowski. To także tytuł książki, którą napisał, powielił na ksero i rozdał przyjaciołom. Opowiada w niej o swoich spotkaniach z Przewodnikiem, cytuje jego rady. Nieistniejąca już strona internetowa Stanisława nosiła tytuł: Odkryj siebie.
Na co dzień sam doświadcza pomocy Przewodnika. Kiedyś został przez niego zepchnięty z roweru na chodnik. W ten sposób uniknął śmiertelnego wypadku drogowego. Innym razem Mistrz ukazał mu się w cukierni, gdzie pracował bez wytchnienia od świtu do nocy. Zadał pytanie: – Gdybyś w tej chwili odszedł z tego świata, czy twoja rodzina zginie z głodu? Popadnie w biedę? Jeśli nie, po co się zabijać nadmierną pracą? Pracoholizm to ucieczka od rodziny i części obowiązków. Nie ma w tym miłości do siebie.
Pokochać siebie takim, jakim się jest – to początek i zarazem baza dla rozwoju  duchowego. A skoro kochamy siebie, zaspokajamy swoje potrzeby. Szukamy pracy, która nas satysfakcjonuje. Warto zacząć od wygospodarowania jednej godziny dziennie tylko dla siebie. Stanisławowi pewnego dnia udało się to, ale kiedy już miał rozpocząć medytację, żona poprosiła, żeby pozmywał naczynia. Zrezygnowany stanął przed zlewozmywakiem.
Wykorzystaj to – zalecił wówczas Mistrz. Podczas prozaicznego zajęcia mój rozmówca wyobrażał sobie, że woda wymywa wszystkie nieczystości ukryte w zakamarkach umysłu i duszy. Ćwiczenie powtórzył nazajutrz. A trzeciego dnia wszyscy w domu chcieli na ochotnika zmywać: żona, a nawet dzieci. Stało się tak dlatego, że Warlikowski otworzył potężny kanał oczyszczający.
Uważa, że człowiek powinien brać przykład z przyrody, ucząc się żyć chwilą bieżącą: tu i teraz. Dla poparcia tej tezy przytacza obraz jętki jednodniówki. Delikatny owad na spełnienie swojego zadania – przedłużenia gatunku – ma tylko jeden dzień. Ten właśnie dzień – słoneczny, pochmurny czy burzowy – okazuje się w jego życiu najpiękniejszym. Warto każdy nasz dzień traktować w taki sposób. Zostawić w spokoju przeszłość i nie myśleć o przyszłości. Wtedy życie ułoży się samo.

Bez szablonu

Kiedy odkryjesz swoją drogę – przekazuję tu jego przemyślenia – trzeba nią podążać konsekwentnie i we własnym tempie. Nie ma tu żadnego szablonu, każdy ma swoje niepowtarzalne zadania. Człowiek podczas ziemskiej wędrówki rozwija świadczeń odbywa się jednak na różnych poziomach. Niektórzy doświadczają życia wyłącznie na planie fizycznym. Ci, u których pojawiły się potrzeby duchowe, zaspokajają je przez kultywowanie religii, i to na różnych płaszczyznach. Jest też etap szukania Boga poza świątynią, w Naturze. Aż wreszcie przyjdzie pora na prawdziwą medytację.
Ważne, żeby własnego rozwoju nie przyśpieszać. W tej dziedzinie po prostu nie należy robić niczego na siłę.
Kiedyś „grzebałem się” w swoich poprzednich wcieleniach. Chciałem je poznać, oczyścić. Wtedy Przewodnik pokazał mi chłopca. Był upragnionym dzieckiem, długo oczekiwanym przez rodziców. Odkąd jednak przyszedł na świat, wszystkim dokuczał. Ot, wcielony, mały czort. Zmarł jako siedmiolatek.
Mistrz powiedział: – Czy potrafiłbyś żyć ze świadomością takiej ciężkiej inkarnacji? Z ogromem wyrządzonych krzywd?
Kiedyś mój rozmówca podjął eksperyment z opuszczaniem ciała fizycznego. Bardzo chciał doświadczyć tego stanu, choć nie był na to jeszcze przygotowany. Po powrocie do ciała cierpiał przez kilka tygodni, wszystko go bolało. Jakoś nie mógł się w sobie poukładać.
Warto zdać sobie sprawę z tego, że osoby, które medytują w miejscach publicznych: sklepie, autobusie, tramwaju, czy na ulicy, są w pewien sposób szczególnie narażone. Zawsze bowiem znajdzie się ktoś, kto będzie chciał uszczknąć ich energii dla siebie. Po takich kontaktach czujemy się zmęczeni, wyczerpani. Jest jednak prosty sposób, aby temu zaradzić: Po wejściu do autobusu (sklepu) wystarczy krótka modlitwa: Niech to miejsce wypełni energia miłości i światła. Warto wypróbować tę metodę. Przekonamy się wówczas, że jest skuteczna.

Kontakt ze Stanisławem Warlikowskim.

Nieznany Świat 7/2009  

Bieżący numer



Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Więcej informacji w Polityce prywatności.