Dżuna: Odchodząc, nie odchodzimy

14 czer­wca 2015 r. odeszła Dżuna – kobieta-​zagadka, kobieta-​legenda. Osoba obdar­zona wieloma tal­en­tami: uzdraw­iaczka, astrolożka, poetka, malarka, aktorka… — i prze­wod­nicząca Między­nar­o­dowej Akademii Alter­naty­wnych Nauk. Natura bar­wna, samoświadoma, tem­pera­mentna. Wschod­nia pię­kność, nazy­wa­jąca siebie asyryjską królową.

Poniżej prezen­tu­jemy frag­ment pub­likacji zamieszc­zonej w lutowym (02/​2017).

Ura­towała zdrowie i życie wielu ludziom i była nadzwyczaj pop­u­larna. Krążyły o niej najbardziej niepraw­dopodobne plotki i pogłoski, w których nar­o­dz­i­nach oraz rozprzestrzeni­a­niu się miała udział ona sama, poda­jąc niekiedy w udzielanych wywiadach różne wer­sje tych samych wydarzeń ze swego życia. A było ono dokład­nie takie jak ona sama: niezwykłe i mieniące się wieloma kolorami.

Maleńka szidda

Ten, który miałby zamiar napisać naukową biografię Dżuny, musi­ałby się zdrowo napocić, by odd­zielić ziarno od plew. Zagadki i leg­endy otaczają ją bowiem od samego momentu narodzin.

W danych anki­etowych zapisano, że Jew­gienia Juwasziewa Daw­itaszwili z domu Sardis urodz­iła się 22 lipca 1949 roku we wsi Urmija w Kur­gan­skim Rejonie w Kraju Krasnodarskim (N 44°5056,96” – E 040°5147,94”, 218 m n.p.m.), w rodzinie emi­granta z Iranu i Kazaczki.

Ale w jed­nym z wywiadów Dżuna powiedzi­ała, co następuje:

- Jestem z głębok­iej prow­incji, ze stan­icy Assir­i­jskaja na Kuba­niu. Wszys­tkiego cztery dziesiątki dusz. Ona, ta wioska, jest mi naj­droższa na świecie. I ja tam teraz często bywam…

Nie ma żad­nej stan­icy Assir­i­jskaja na Kuba­niu. Jest wieś Urmija, gdzie naprawdę mieszkają Asyryjczycy – dawny naród pochodzący z Mezopotamii. A imię Dżuna ma właśnie pochodze­nie asyryjskie.

Jej niezwykłe możli­wości pojaw­iły się i prze­jaw­iały już we wczes­nym dziecińst­wie. Pewnego razu przewidzi­ała trzęsie­nie ziemi na kilka dni przed katak­l­izmem. Mogła – patrząc na człowieka – przepowiedzieć, co go czeka w przyszłości. We wsi wszyscy odnosili się do niej z rez­erwą, uważa­jąc za sziddę – czyli wiedźmę.

Także w jej dziecińst­wie doszło do wydarzenia, którego nie można nazwać inaczej, niż cudem. Dżuna opowiedzi­ała o tym dr. n. med. Borysowi Ilic­zowi Kuzki­nowi:

- Nasza rodz­ina była wielodzietna, ale szczegól­nie dogryzał mi młod­szy brat. W tym cza­sie miał dwa latka i mama kazała mi opiekować się nim. A ja bardzo chci­ałam bawić się z moimi rówieśnikami. Ale cóż zro­bić – brat, to brat.

Pewnego razu niosłam go na rękach obok studni na naszym pod­wórzu. I naraz jakaś potężna siła wyr­wała mi go z rąk i wrzu­ciła do niej!

Naty­ch­mi­ast wskoczyłam za nim głową w dół. Stud­nia nie była głęboka, ale wąska i nie mogłam się w niej obró­cić. Wytaskałam brata uży­wa­jąc nóg, ale sama wyjść nie mogłam. Nie wiem, jak długo tam tkwiłam, myślę, że jakieś 5 minut, nie mniej. Braciszek pobiegł do domu i zaczął wołać mamę. Ona niczego nie rozu­mi­ała, a brat nie był w stanie tego wyjaśnić, bo wtedy jeszcze nie potrafił mówić. Mama wyszła na ganek i zaczęła mnie wołać. A braciszek pod­biegł do studni i pal­cem pokazuje – ona jest tam! Gdy mama zrozu­mi­ała, że ugrzęzłam w studni, upadła zemd­lona na cem­brow­inę. Dobrze, że starszy brat Woło­dia zna­j­dował się w domu i mnie wyciągnął. Co najdzi­wniejsze, w moich płu­cach nie było ani jed­nej kro­pli wody! I nawet nie straciłam przytomności…

Skle­jona rana

Do dziś dnia nie wiadomo, czy Dżuna miała jakieś medy­czne wyk­sz­tałce­nie. Według jed­nej z wer­sji, uczyła się przez dwa lata w Ros­towskim Tech­nikum Kine­matografii i TV, a potem je rzu­ciła i wyjechała do Moskwy. Według innej skończyła ros­towskie Tech­nikum Medy­czne i dostała skierowanie do Tbil­isi (Gruzja), gdzie poz­nała przyszłego męża – Wik­tora Jer­ak­liewicza Daw­itaszwili.…

Więcej w lutowym numerze (02/​2017) str. 1821.

W sprzedaży