„Sztalugi” - relacja ze śmierci klinicznej

Sztalugi to opowieść o przeży­ci­ach ze śmierci klin­icznej znanej malarki i ezoteryczki Alicji Ziętek. Relacja ukazała się w książce Pol­skie życie po życiu, której autor, Marek Rymuszko, zebrał kilka­dziesiąt relacji ludzi, którzy na chwilę znaleźli się po tamtej stronie


W moim przy­padku do śmierci klin­icznej doszło na skutek powikłanej ciąży. 8 sty­cz­nia 1989 r. ok. 22-​ej dostałam sil­nego krwotoku, choć nie towarzyszyły temu bóle porodowe. Zro­biło mi się słabo i bardzo zimno. Prz­er­az­iłam się, że to koniec życia.

Wezwana karetka przy­jechała szy­bko i zabrała mnie do szpi­tala wprost na salę oper­a­cyjną, gdzie czekali już lekarze. Zostałam podłąc­zona do aparatury; anestezjolog odczy­ty­wał dane. Poczułam, że się duszę. Usil­nie próbowałam zła­pać odd­ech. Usłysza­łam słowa lekarza: Tracę kon­takt z pac­jen­tką, nie wyczuwam tętna, trzeba ratować dziecko… Głosy odd­alały się, a obraz zle­wał się w plamy.

Nagle znów znalazłam się na sali oper­a­cyjnej. Czułam się dobrze. Ujrza­łam lekarzy krzą­ta­ją­cych się wokół jakiegoś ciała. Przy­bliżyłam się do stołu oper­a­cyjnego. To byłam ja. Odczułam wspól­ność tego ciała i siebie samej. Zaczęłam szukać log­icznego wyjaśnienia, mimo zas­zokowa­nia tym rozd­wo­je­niem. Tam, na stole, leżałam jak kłoda… A prze­cież jed­nocześnie byłam tu — zdrowa, ładna, mogłam się wznosić. Czyżby cud­owne uzdrowienie?

Pod­płynęłam do okna. Na dworze było ciemno. Poczułam ciepło kalo­ryfera. Za wszelką cenę chci­ałam zwró­cić na siebie uwagę lekarzy. Wpadłam w panikę. Zaczęłam krzy­czeć, żeby nic mi nie robili, gdyż jestem zdrowa. Ale oni nie reagowali, nie dostrze­gali mnie. Próby inter­wencji wycz­er­pały mnie. Wzniosłam się wyżej i tkwiłam w bezruchu.

Dotykałam różnych przed­miotów. Znowu pod­płynęłam do okna. Postanow­iłam poszukać kon­taktu z ludźmi na zewnątrz, wypłynęłam oknem. Unosiłam się nad ulicznymi latar­ni­ami, kieru­jąc się w stronę osiedla.Energia powoli powracała. Byłam przeko­nana, że nadal jestem żywą istotą. Miałam prze­cież takie same cechy jak za życia; moje zmysły — wzrok, węch, możli­wość porusza­nia się — dzi­ałały nor­mal­nie. Nie odczuwałam tylko bólu ciała ani ciężaru. Zaniepoko­jona tym niezrozu­mi­ałym zjawiskiem zaczęłam się bardzo bać. Byłam już inna, bo mnie nikt nie dostrze­gał. Dlaczego? Prze­cież żyję! Co mogło się stać?

Minęłam prze­jeżdża­jącego na row­erze mężczyznę. Spostrzegłam chłopaka i dziew­czynę. Zbliżyłam się do nich, patrzyłam w oczy. Myślałam, iż zbesz­tają mnie za to, że im przeszkadzam. Obeszłam ich wokoło, ale nadal nie reagowali. Chłopak przy­tulił dziew­czynę i rozstali się. Krzyknęłam do nich: Czy mnie nie widzicie?!

Zdałam sobie sprawę, że między mną a rzeczy­wis­toś­cią jest jakaś bari­era. Na dobre zaczęłam się denerwować.

POL­SKIE ŻYCIE PO ŻYCIU w pro­mo­cyjnej cenie 25! Zamów już dziś

Usłysza­łam głosy nies­fornej grupy młodzieży. Szy­bko znalazłam się obok. Stanęłam im na drodze, pewna że wpadną na mnie. A oni przes­zli przeze mnie. Tak po prostu, jakby mnie nie było. Poczułam się zagrożona.

Nagle znalazłam się na stacji Warsza­wskiej Kolei Dojaz­dowej w Pruszkowie. Spo­jrza­łam na per­onowy zegar: była 1:20 w nocy. Uświadomiłam sobie, że kole­jki o tej porze już nie jeżdżą. Postanow­iłam wró­cić do ciała na sali.

Tu i ówdzie widzi­ałam jeszcze światła w oknach. Pomyślałam: To jeszcze jedna szansa! Zapukałam do jakiegoś okna na piętrze. Podeszła młoda dziew­czyna i wyjrzała. Wśl­izgnęłam się do środka i stanęłam przed nią. Wtedy do pokoju weszła matka tej dziew­czyny. Żadna z nich nie zwró­ciła na mnie uwagi.

Zroz­pac­zona powró­ciłam na salę oper­a­cyjną. Próbowałam naw­iązać kon­takt z moim ciałem, którego już nikt nie dotykał. Niestety nie reagowało. Gdy­bym potrafiła, weszłabym do niego, połączyła się w jed­ność. Poczułam się jak w akwar­ium, zbu­dowanym ze spec­jal­nych lus­ter. Ja mogłam obser­wować świat na zewnątrz, nato­mi­ast ludzie z zewnątrz mnie nie widzieli.

Wów­czas dostrzegłam świ­etlisty, lśniący bielą promień. Nie parzył i nie raził. Spły­wał na mnie z góry. Wraże­nie było niesamowite. Jakby mnie przyzy­wał: Podążaj za mną, a ja zna­jdę Ci drogę wyjś­cia. Skierowałam się w jego stronę.

Szłam ku szczy­towi tego promienia jak zahip­no­ty­zowana. Poczułam się bez­pieczna. Ten promień zdjął ze mnie strach, otoczył ciepłem. To było jak świadoma energia.

Zbliżyłam się do punktu, który widzi­ałam w odd­ali. Gdy osiągnęłam szczyt, wyłoniła się cud­owna kraina. Har­mo­nia barw tak wyrazistych, a jed­nocześnie niemal przezroczystych, że nie da się tego opisać. Nie było koloru czarnego, brą­zowego ani szarego. Nie dostrzegłam ani jed­nego cienia. Zbliża­jąc się do wrót tej krainy stą­pałam po łydki w jakiejś materii, przy­pom­i­na­jącej krys­tal­icznie czystą wodę. Im byłam bliżej, tym jej poziom bardziej opadał, aż do kostek. Widok ten tak mnie oczarował, że aż krzyknęłam z emocji: - Boże, jakie śliczne, muszę to namalować. Nie mogłam oder­wać oczu od tego, co ujrza­łam. Zafas­cynowana chę­cią mal­owa­nia, zaprag­nęłam powró­cić do nor­mal­nej rzeczywistości.

Trafiłam na salę oper­a­cyjną. Teraz widzi­ałam ją nieco wyżej ode mnie, z pewnej odległości, jak ekran w sali kinowej. Kolory były zszarzałe. Widok ten pojaw­iał się za każdym razem, ilekroć pomyślałam o powrocie.

Ponownie odwró­ciłam się ku cud­ownej krainie. Uczu­cie fas­cy­nacji nie opuszczało mnie. Nadal jed­nak trwała szarpan­ina myśli: żyję czy nie żyję? Bałam się,że jeżeli dotrę za daleko, nie będzie już odwrotu. Jed­nocześnie żal mi było porzu­cać taki cud przy­rody.

Pod wpły­wem prze­możnego prag­nienia namalowa­nia tego wszys­tkiego, aby inni również poz­nali świat, w jakim się zna­j­dowałam, postanow­iłam powró­cić. Wów­czas jakaś siła zatrzy­mała mnie (czułam ją fizy­cznie na karku) i przeprowadz­iła przez szklisto-​błękitną taflę przy­pom­i­na­jącą lód. Dzi­ało się to wbrew mojej woli. Tafla nie rozwier­ała się, nie marszczyła. Przenikałam przez nią jak przez ścianę z galarety. Teraz już nie obser­wowałam tej niezwykłej rajskiej krainy — ja tam byłam. Mogłam pójść, gdzie chci­ałam, wszys­tkiego dotknąć. Dokład­nie przyglą­dałam się każdemu szczegółowi.

Na hory­zon­cie wyła­ni­ała się światłość, której promie­nie rozpraszały się ku górze. W zasięgu mojej ręki pojaw­iła się tęcza, półokrągła jak na Ziemi. Miała te same kolory: żółty, niebieski, czer­wony. Od mojej strony sze­roka — ku hory­zon­towi zwężała się. Na Ziemi tęcza zapowiada pogodę i świeżość powi­etrza. A tu?

- To zbiór pod­sta­wowych energii o różnej mocy i dzi­ała­niu, każda ujaw­nia się jako inna barwa - pojaw­iła się myśl.

Ta wędrówka po rajskiej krainie dawała mi nie tylko radość. Była też nauką oraz egza­minem włas­nej osobowości.

Szłam dalej. Zain­tere­sowały mnie kwiaty. Najwięcej było czer­wonych tuli­panów. Zatrzy­małam się nad jed­nym z nich i przyglą­dałam się mu czule. Zaskoczyło mnie, że mogę z nim porozu­miewać się telepaty­cznie. Miał swoją osobowość; mówił mi o sobie. Zaskoc­zona zwró­ciłam się ku następ­nemu i… Wszys­tkie do mnie mówiły. Prz­er­az­iłam się, że depczę te żywe istoty. Spo­jrza­łam pod nogi, jed­nak skon­sta­towałam, że stą­pa­jąc nie czynię im krzy­wdy. Zrozu­mi­ałam, że tu, gdzie jestem, każdy ele­ment, każda istota jest równie ważna, wszys­tko stanowi jed­nakową wartość. Jakby w nagrodę za te myśli otrzy­małam piękną białą szatę, a do mojej podświado­mości dotarło zdanie: Możesz sobie wybrać drogę i dalej nią podążać.

Mogłam zatem pójść ku promieniom światła lub powró­cić do ciała. Zwyciężyło wcześniejsze prag­nie­nie. Z wielkim żalem wzniosłam się ponad cud­owną krainą. W locie jeszcze się ku niej odwracałam. Powoli odd­alała się.

Przestrzeń wokół mnie z niebieskiej stała się grana­towa. Spostrzegłam przy sobie formę podobną do człowieka. Od Zjawy emanowała dobroć. Przekazała mi telepaty­cznie: Nie lękaj się. Moja obec­ność nie służy niczemu złemu. Możesz ze mną roz­maw­iać. Udzielę Ci odpowiedzi na pyta­nia, które zadasz. Jeśli zechcesz zawró­cić, to mi powiedz.

Przeżyłaś/​eś coś podob­nego i chcesz o tym opowiedzieć? Skon­tak­tuj się z Redakcją !

Zaczęłyśmy roz­maw­iać myślami. Ta zjawa była moim spowied­nikiem, prze­wod­nikiem, nauczy­cielem, a zarazem przy­ja­cielem. Reagowała nawet na moje zwąt­pi­enia. Zas­tanaw­iałam się, czy na pewno jest dobra.

Nakłoniła mnie do opowieści o sobie. Ujaw­ni­ałam wszys­tkie sekrety mojego życia, dobre i złe. Gdy chci­ałam coś zataić, naty­ch­mi­ast widzi­ałam, że o tym wie. Od tej pory nie bałam się mówić o wszys­tkim, co uważałam za złe w moim życiu. Zrozu­mi­ałam, że Zjawa postępuje jak prawdziwy przy­ja­ciel. Nie karze, lecz poucza i objaś­nia: wskazuje błędy, pod­powiada jak być kry­ty­cznym wobec siebie samego.

W pewnej chwili wypal­iłam: Ja się do nieba nie nadaję, gdyż nie chodzę do koś­cioła na mszę, choć jestem katoliczką. Na to świ­etlista istota odparła: Koś­ciół, jak każde inne miejsce na Ziemi, jest zbu­dowany przez człowieka. Jeżeli wierzysz w Boga, wystar­czy usiąść na kamie­niu nawet przy drodze, by się do niego pomodlić.

Tak omówiliśmy wszys­tkie uczynki, które mnie bolały. Film wspom­nień przepły­wał bardzo szy­bko, a kadry zatrzymy­wały się tylko w momen­tach szczegól­nych, abym sama wyciągnęła z nich wnioski. Zrozu­mi­ałam, że jeżeli Dusza nie potrafi być kry­ty­czna, gdyż została wychowana w egoizmie, to świ­etlista istota zmienia jej kierunek myśli. Potem zjawa mówiła jeszcze o pod­stawach ist­nienia i zachowa­niu czys­tości ducha.

Szy­bowałyśmy przez Kos­mos, mija­jąc świ­etliste punkty, nie dające jed­nak blasku. W pewnym momen­cie zaprag­nęłam zobaczyć z góry Ziemię. Skierowałyśmy się ku niej. Widzi­ałam ją jak z satelity, przyglą­dałam się bar­wom. I wtedy zadałam Zjawie pytanie: Czy Ziemi grozi zagłada? Ziemia, jak wszys­tkie organ­iczne twory we wszechświecie, ma swój okres ist­nienia. Od człowieka jed­nak zależy jak długo będzie żyła, choć nie człowiek ją zabije — brzmi­ała odpowiedź. - Człowiek będzie ją niszczył, ona będzie się odradzać, lecz jej ener­gia będzie słab­nąć. Istota mówiła jeszcze wiele na ten temat, ale to było dla mnie bardzo trudne, gdyż prz­eras­tało moją wiedzę o kosmosie.

W pewnej chwili zbliżyłyśmy się do jakiejś różowej materii, która bardzo mnie zaciekaw­iła. Zjawa jed­nak zatrzy­mała się i ostrzegła: Nie leć tam! Poczułam zagroże­nie, obawę, że coś wciąg­nie mnie w tę różową otchłań. Przes­traszona — zaprag­nęłam wresz­cie powró­cić do ciała. Znalazłam się w czarnym tunelu. Zjawy już nie było…

Otworzyłam oczy. Pozosta­jąc jeszcze w szoku, zobaczyłam lekarzy i salę z łóżkami. Leżałam na jed­nym z nich. Przy mnie stały cztery osoby. Nagle zapy­tałam: Gdzie ja jestem? Gdzie ta kraina? I pocz­er­wieni­ałam ze wstydu, co sobie o mnie pomyślą. Jeden z lekarzy nawet się roześmiał. Przyłożyłam głowę do poduszki…

Tak skończyła się moja śmierć klin­iczna i wędrówka poza ciałem. Dzięki temu wiem, że ludzie, którzy ją przeżyli, są nor­malni (nie chorzy psy­chicznie). Pozornie w niczym nie odróż­ni­ają się od tłumu, powró­cili nato­mi­ast stamtąd z wielkim bagażem przeżyć i odczuć, które nie zawsze mieszczą się w utar­tych schemat­ach. Wiem też jedno, że w cza­sie tej wędrówki zdobyłam więcej wiedzy, więcej nauczyłam się i zrozu­mi­ałam niż przez całe wcześniejsze życie.

Alicja Ziętek

Komorów


Relacja ta stanowi opra­cow­aną przez nas kwin­tes­encję ok. 60-​stronicowego pamięt­nika Alicji Ziętek. Jego autorka jest malarką. W swoich obrazach przekazuje wizje zapamię­tane ze stanu śmierci klin­icznej. Są one niezwykle sug­esty­wne i plas­ty­czne choć, jak mówi sama artys­tka, uwiecznie­nie na sztalu­gach włas­nych doz­nań wynie­sionych z tamtej strony jest bardzo trudne.

W sprzedaży





Strona korzysta z plików cook­ies w celu real­iza­cji usług i zgod­nie z Poli­tyką pry­wat­ności. Możesz określić warunki prze­chowywa­nia lub dostępu do plików cook­ies w Two­jej przeglądarce.